Dobro, piękno, prawda / Krzysztof Zanussi o fundamentach życia # Pokolenia 80

Z biegiem lat zmienia się świat wokół nas, lecz najważniejsze pytanie pozostaje niezmienne: co naprawdę liczy się w życiu? Krzysztof Zanussi – reżyser i scenarzysta filmowy, teatralny i telewizyjny, a także producent, publicysta, pedagog i filozof – dzieli się refleksjami nad dojrzewaniem, codziennymi wyborami, rodziną i kinem, pokazując, że pełnia życia nie kryje się w nagrodach ani sukcesach, ale w świadomości tego, co naprawdę istotne.

Dzieciństwo, które uczyło odpowiedzialności

Urodził się pan tuż przed wybuchem wojny, więc pana dzieciństwo przypadło najpierw na lata wojny, a potem na trudny okres PRL. W jakim stopniu te doświadczenia ukształtowały pana jako człowieka i twórcę?

Wojna, a potem siermiężny PRL oznaczały życie pełne niepewności, biedy i zagrożenia. Niczego nie można było brać za pewnik. Do wszystkiego trzeba było dojść własną pracą – nikt niczego nie dawał. W czasach matury, jak całe moje pokolenie, szukaliśmy takiej szczeliny, przez którą można się było przecisnąć – miejsca, gdzie dało się coś zrobić, zdobyć doświadczenie, rozwijać się. To poczucie, że nic nie spada samo z nieba, bardzo mnie ukształtowało. Myślę, że dlatego w moich filmach często pojawia się człowiek w trudnej sytuacji, który musi sam podjąć decyzję i wziąć odpowiedzialność za swoje życie.

Czy dom rodzinny był miejscem, które rozwijało u pana ciekawość świata i wrażliwość artystyczną? Czego rodzice od pana wymagali, czego oczekiwali? I czy jakieś przekazane przez nich wartości pozostały z panem na całe życie?

Moi rodzice mieli jasne oczekiwania. Chcieli, żebym był przyzwoitym człowiekiem, żebym się uczył i rozwijał. Ale jednocześnie była u nich przestrzeń, żeby ciekawić się światem, obserwować, myśleć. Dużo czytaliśmy, rozmawialiśmy o ważnych sprawach. Dziś mówi się o wielu nowych wartościach, ale ja wyznaję te, które są aktualne od czasów Arystotelesa: dobro, piękno, prawda.

Dobro, żeby być przyzwoitym człowiekiem. Piękno w tym, jak patrzymy na świat i życie. I prawda jako zgodność myśli z rzeczywistością. Od tych zasad nie można odejść.

Czy w młodości przejawiał pan zadatki na przyszłego reżysera i pisarza?

Niektóre cechy i umiejętności zawdzięczam chyba ojcu – to on, razem z matką, zaszczepił we mnie ciekawość świata i zamiłowanie do opowiadania historii. Ojciec był prawdziwym kozerem, duszą towarzystwa – barwnie opowiadał, przyciągał uwagę i potrafił wciągnąć innych w rozmowę. Mimo tych predyspozycji moja droga nie była od razu oczywista. Najpierw studiowałem fizykę, potem filozofię, a dopiero później trafiłem na wydział reżyserii łódzkiej filmówki. To właśnie tam zacząłem realizować swoje pierwsze filmy i zdobywać nagrody, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że podążam właściwą ścieżką.

Zwątpienie, wytrwałość i dystans do sukcesu

Patrząc z perspektywy czasu, czy kiedykolwiek miał pan wątpliwości, że wybrał właściwą drogę życiową?

Nie, nie miałem.

A w trakcie pracy – na przykład przy realizacji filmów – zdarzają się chwile zwątpienia?

Zawsze są. Przy każdym filmie pojawiają się wątpliwości – nie da się ich całkowicie wyzbyć. Czasem człowiek traci poczucie tego, co naprawdę czuje, zastanawia się, czy wszystko ma sens.

Jak pan sobie wtedy radzi?

Zawsze idę dalej, nie ustaję w pracy i staram się te wątpliwości przezwyciężać. Te momenty niepewności często zmuszają mnie do głębszej refleksji i bardziej świadomej pracy.

A co daje panu siłę w trudnych momentach?

Przede wszystkim miłość i wsparcie najbliższych. Bez tego nie wytrwałbym ani w życiu osobistym, ani w pracy artystycznej, która często bywa wymagająca i pełna ograniczeń. To pozwala mi iść dalej i wierzyć w to, co robię.

Ma pan ogromny dorobek jako reżyser, scenarzysta i pisarz. Które swoje dzieła uważa pan za najbardziej przełomowe? Z których jest pan szczególnie dumny?

Na to pytanie nie odpowiem. Nigdy nie oceniam publicznie własnych filmów, przedstawień ani książek – nie powinienem być swoim recenzentem. Oczywiście mam swoje zdanie, ale jest ono wyłącznie dla mnie. O tym, co jest przełomowe, decydują widzowie i krytycy.

Dostał pan mnóstwo nagród i wyróżnień. Które z nich były dla pana najbardziej znaczące, a może wręcz najbardziej zaskakujące? Czy uważa pan, że wszystkie pana dzieła spotkały się z należnym uznaniem?

Oscara, niestety, nie otrzymałem, ale rzeczywiście zdobyłem wiele innych nagród i wyróżnień. Nie nadaję im jednak decydującego znaczenia. Nie mnie też oceniać, które filmy zasłużyły na większe uznanie – to zawsze zależy od czasu i wrażliwości odbiorców. Zdarzało się również, że moje filmy spotykały się z agresją, a nawet hejtem. Wystarczy bowiem poruszać tematy niezgodne z duchem czasu, trudne politycznie lub społecznie, by zamiast rzeczowej, merytorycznej oceny pojawiały się reakcje brutalne, złośliwe, a nierzadko wręcz obraźliwe.

Sztuka, która zmusza do myślenia

Jest pan uznawany za jednego z najważniejszych twórców kina intelektualnego oraz jednego z czołowych przedstawicieli kina moralnego niepokoju w Polsce i Europie. Jak dobiera pan tematy swoich filmów, co jest najważniejsze?

Przy wyborze tematu najważniejsze jest dla mnie przekonanie, że jest on naprawdę ważny. Muszę mieć poczucie, że dotykam czegoś, co nie zostało jeszcze zbanalizowane i co domaga się poważnego namysłu. Staram się mówić o tych sprawach uczciwie i możliwie głęboko, bo tylko wtedy kino ma sens, kiedy stawia pytania o wartości, odpowiedzialność i wybory.

Pana filmy i książki poruszają kwestie egzystencjalne, moralne i filozoficzne. Jakie przesłanie stara się pan przekazać widzom swoimi dziełami?

Ja nic nie przekazuję wprost, bo wtedy kontakt z widzem byłby zbyt bezpośredni i ograniczony – wysyłałbym do nich po prostu SMS-y. Film posługuje się językiem, który oddziałuje na emocje, wyobraźnię i intelekt widza. Nie chodzi o pouczenie, lecz o to, by skłonić do refleksji – żeby widz coś poczuł, przemyślał i sam doszedł do wniosków. Na tym, moim zdaniem, polega istota sztuki – poruszać, a nie tylko komunikować.

Wyreżyserował pan wiele filmów, ale jest pan też autorem kilku książek oraz wielu scenariuszy. Czy pisanie satysfakcjonuje pana tak samo jak kręcenie filmów, czy też każde z tych mediów pozwala odkrywać inne obszary pana twórczości?

Eseistyka to forma, w której mogę swobodnie wyrażać swoje myśli i refleksje, zastanawiać się nad światem i wartościami – w przeciwieństwie do scenariusza, który jest jeszcze tylko szkicem do filmu, półproduktem, a więc nie jest dziełem samym w sobie. Film działa przez obraz i dźwięk, oddziałuje natychmiastowo na widza, podczas gdy książki pozwalają głębiej wejść w myśl i refleksję. Satysfakcja jest w obu przypadkach, ale inna: filmy dają efekt bezpośredni, książki – bardziej intelektualny. Jako człowiekowi pióra ciąży mi kilka tysięcy lat tradycji literackiej, podczas gdy za kinem stoi dopiero jedno stulecie.

A czy zdarza się panu oglądać swoje filmy i myśleć: „Tego bohatera nakręciłbym inaczej”?

Czasem się to zdarza, ale przecież filmu nie mogę już zmienić. Nie ma sensu zaprzątać sobie tym głowy. Na przykład przy Constans wydawało mi się, że wszystko jest dopracowane – film zdobył ważne nagrody i został doceniony, choć kilku krytyków wskazywało niedoskonałości, których ja wcześniej nie zauważałem, a dziś zauważam.

Którą postać z własnych filmów lub książek darzy pan największą sympatią, a która najbardziej pana irytuje?

Cenię bohaterów odpowiedzialnych, którzy są zmuszeni myśleć o własnym życiu, jak Tomasz Berg, którego zagrał Zbigniew Zapasiewicz. A irytują mnie ci, którzy uciekają od konsekwencji swoich działań. Ale nawet oni są ciekawi, bo pokazują, jak skomplikowane są ludzkie wybory i moralne dylematy.

Patrząc z perspektywy kilkudziesięciu lat, czy żałuje pan jakiegoś swojego filmu lub książki?

Nie ma nic, co chciałbym wymazać ze swojej biografii. Owszem, po latach pewne rzeczy zrobiłbym inaczej, jednak nigdy nie zaliczyłem dramatycznych wpadek. Każde moje dzieło powstało w swoim czasie i ma sens takie, jakie jest, choć żadne nie jest doskonałe.

Jakie tematy lub gatunki chciałby pan jeszcze zgłębić w przyszłych projektach filmowych lub literackich?

Patrząc na swój pesel, nie snuję już dalekosiężnych planów. Życie jest nieprzewidywalne. Nie wiadomo, kiedy nadejdzie taki dzień, w którym nie będę mógł już nic zrobić.

Lekcja uczciwości i odwagi

Jako profesor i mentor wielu młodych twórców jak ocenia pan podejście obecnych studentów do zawodu reżysera i scenarzysty? Zmieniło się w porównaniu z czasami, kiedy pan zaczynał karierę?

Dziś młodzi bywają konserwatywni. Nie tylko ja mam takie obserwacje, jest to dość powszechnie dostrzegane. Próbują, owszem, ale są niezwykle ostrożni. A przecież znają języki, mają możliwość wyjeżdżania za granicę, rozwijania się. Niektórzy potrafią znaleźć pomosty między sztuką polską a zagraniczną – i ci naprawdę mnie fascynują. Najtrudniejsze dla wielu pozostaje pokonanie własnych ograniczeń i niepewności. Nie można jednak generalizować, zdarzają się bowiem i tacy, którzy już teraz są prawdziwymi koryfeuszami, a ich pomysły naprawdę się sprawdzają, i to właśnie daje mi największą satysfakcję jako profesorowi i mentorowi. Jednak dopiero wtedy, gdy wkroczą w dorosłe życie i zaczną realizować własne projekty, będzie można powiedzieć więcej o ich drodze twórczej.

Jaką jedną najważniejszą lekcję chciałby pan przekazać młodym adeptom sztuki filmowej?

Chciałbym im powiedzieć, że najważniejsza jest uczciwość wobec siebie i świata. Nie wolno kłamać – ani w filmie, ani w życiu – bo kiedyś trzeba za to zapłacić. Ważna jest też wyrozumiałość, otwartość na innych i świadomość, że uleganie banałowi, prostym schematom czy modom zawsze ogranicza twórcę. Film to przede wszystkim prawda o człowieku, a odwaga w jej poszukiwaniu jest kluczowa.

Oscary to nie wszystko

Za nami tegoroczna gala wręczenia Oscarów. Polskich akcentów było tam niewiele – jedną z nagród otrzymał Polak mieszkający w Kanadzie. Z kolei zgłoszony w ubiegłym roku przez polską Komisję Oscarową film Pod wulkanem w reżyserii Damiana Kocura nie dostał nawet nominacji. Czy to źle świadczy o kondycji polskiej kinematografii?

Oscary są nagrodą amerykańskiego przemysłu filmowego i przede wszystkim odzwierciedlają gusta Hollywood. To oczywiście ważne wyróżnienie, ale nie powinniśmy od niego uzależniać naszej samooceny. Polska kinematografia ma swoje ambicje i własne kryteria wartości, często bliższe tradycji europejskiej niż logice amerykańskiego rynku. Dlatego nie traktowałbym tego jako wydarzenia, które w istotny sposób świadczy o kondycji polskiej kultury, chociaż ja sam chętnie bym przyjął tę nagrodę.

W kontekście miejsca polskiego kina na świecie – pan sam jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych reżyserów. Czy ta sława pomaga, czy raczej bywa ciężarem?

Sława w naszym zawodzie jest czymś bardzo ulotnym. Bywa, że jest, a bywa, że jej nie ma – i trzeba się z tym pogodzić. Jeśli jest, nie powinna uderzać do głowy ani przesłaniać tego, co w pracy reżysera najważniejsze, czyli samego filmu. Nie można się też sławą zasłaniać – znam reżyserów, którzy przez lata chowali się za swoją popularnością i nagrodami, a w efekcie prawie nikt nie pamiętał, jakie filmy naprawdę stworzyli. To kuriozum, ale pokazuje, że sława nie zwalnia z rzetelnej pracy. Z drugiej strony, sławy nie da się po prostu odłożyć na bok – skoro już się pojawia, trzeba nauczyć się z nią żyć i traktować ją z odpowiednim dystansem.

Najważniejsze wsparcie – najbliżej

Na czyje wsparcie mógł pan liczyć, realizując swoją karierę filmową i pisarską?

Zawsze mogłem liczyć na wsparcie matki i żony. To właśnie żona w ogromnym stopniu ukształtowała moją drogę twórczą – bez niej byłbym innym człowiekiem i pewnie robiłbym coś zupełnie innego. Mam jedną żonę od początku, co w moim środowisku jest rzadkością, ale ja uważam to za wielkie szczęście.

A czy żona jest też pana pierwszym widzem i krytykiem?

Tak, jest ważnym widzem i krytykiem mojej pracy, choć nie zawsze pierwszym – nie zawsze jest taka możliwość. Jej spojrzenie jest szczere.

Czy życie rodzinne wpływało na wybór tematów i emocjonalną głębię pana dzieł?

Czerpię z własnych doświadczeń życiowych, a one kształtowały się przede wszystkim w kręgu domowym i rodzinnym. To, co przeżyłem w rodzinie – relacje, radości, trudności – przenika do moich filmów i scenariuszy, nadając im emocjonalną prawdę i autentyczność. Tym bardziej że z żoną mamy wiele wspólnych zainteresowań – ludźmi, światem, życiem, tym, co nas otacza, a także sztuką. To wspólne patrzenie na rzeczywistość pomaga mi lepiej rozumieć siebie i innych.

To nie sukces jest najważniejszy

Co dziś, w dojrzałym wieku, daje panu największą radość zarówno w życiu, jak i w pracy artystycznej?

Największą radość daje mi dziś równowaga – umiejętność cieszenia się ludźmi, którzy odnajdują sens, i nietracenie spokoju ducha, gdy spotykam przygnębiającą bezradność.

Wiek senioralny jest dla pana czasem podsumowywania dorobku, czy raczej nowym etapem wolności i twórczej refleksji?

Nie nazwałbym tego ani podsumowaniem, ani odkrywaniem. Ja po prostu uczę się stanu, którego wcześniej nie znałem, bo nigdy nie byłem stary. Wbrew pozorom mam dziś mniej czasu, niż można by sądzić. Dni są jakby krótsze, a godzin naprawdę wydajnych jest mniej. To, co kiedyś przychodziło łatwo, dziś wymaga więcej uwagi i wysiłku.

Co obecnie zaskakuje lub przeraża pana w kinie, a co już nie wywołuje lęku?

Boję się tego, że każdy mój film może być ostatnim. Jednak ta świadomość, która z jednej strony paraliżuje, z drugiej daje wolność, pozwala w pełni poświęcić się temu, co chcę powiedzieć, bez lęku przed konsekwencjami.

A co w pana życiu okazało się naprawdę najważniejsze?

Najważniejsze jest to, co pozwala człowiekowi zachować równowagę: spokój sumienia, prawdziwe relacje, uczciwość wobec siebie i świata. Sukcesy, nagrody czy dorobek twórczy są tylko świadectwem drogi, nie celem samym w sobie.

Czy można jeszcze zachować ciekawość świata i kreatywność, mając za sobą tak bogate doświadczenie?

Ciekawość i kreatywność można zachować przez całe życie. Im więcej się wie, tym bardziej rośnie świadomość własnej niewiedzy. Ta myśl, że wciąż jest coś do odkrycia, towarzyszy mi od dawna i napędza każde kolejne poszukiwanie.

Bardzo dziękuję za czas poświęcony na rozmowę i za podzielenie się doświadczeniem, które inspiruje do głębszego spojrzenia na kino i życie.