Inżynier Mamoń ze Starego Mokotowa # Pokolenia 79

Myślę, że niemal każdy kojarzy inżyniera Mamonia z kultowego Rejsu i jego słynne prawo, że ludzie lubią to, co już znają. To nie tylko zabawna kwestia z komedii, lecz także całkiem trafna obserwacja, którą potwierdzają badania psychologiczne. Widzę to również u siebie.

Nostalgia za miejscami, w których mieszkałem, chodziłem do szkoły, studiowałem czy pracowałem, wraca do mnie regularnie. Nawet jeśli nie wszystkie wspomnienia są miłe, tęsknię za tamtymi ulicami i ich dawnym wyglądem. Nic dziwnego – byłem młody, do tramwaju podbiegałem bez zadyszki, rano nic nie bolało, a świat stał otworem, choć umówmy się, w granicach PRL.

Mokotów od podszewki

Urodziłem się na Mokotowie. Wokół mnie dominowała modernistyczna zabudowa z okresu międzywojnia i późniejszych lat. To naturalne – Mokotów nie mógł rozwijać się w XIX wieku, uwięziony w systemie Twierdzy Warszawa. Do dziś widać jej pozostałości: zachowane forty, ślady po nich, takie jak ulica Czeczota, ulice wytyczone na dawnych drogach międzyfortecznych, parki w miejscach umocnień. Przed I wojną światową zostały już ustanowione ulice Rakowiecka, Narbutta, Madalińskiego (wtedy Grodzka), Kazimierzowska i kilka mniejszych. Jednak ich zabudowa odbiegała od wielkomiejskiej. Dopiero przyłączenie Mokotowa do Warszawy w 1916 roku otworzyło drogę do pełniejszego rozwoju. A prawdziwy boom nastąpił dopiero kilka lat po odzyskaniu niepodległości.

Część dzielnicy miała charakter wybitnie prestiżowy. Powstawały gmachy uczelni: Szkoły Głównej Handlowej, Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, Szkoły Inżynierskiej Wawelberga i Rotwanda. Prezydent Starzyński zadbał o szkoły niższego poziomu, jak te na rogu Narbutta i Sandomierskiej czy Kazimierzowskiej i Narbutta. Wzniesiono też duży szpital Elżbietanek (co ciekawe, szpital Mokotowski znajdował się przy Nowowiejskiej).

Jednak międzywojenny Mokotów to przede wszystkim modernistyczne kamienice, wille i domy jednorodzinne. Jak zwykle infrastruktura nie nadążała za deweloperami – samochody i piesi tonęli w błocie, a między eleganckimi domami stały lepianki. Im dalej od Śródmieścia, tym było gorzej. Mój Tata, rocznik 1935, wspominał, że nie było płyt chodnikowych – chodziło się po dylach, deskach rzuconych na ziemię.

Moja podstawówka, 121 przy Różanej, powstała w latach 30. Liceum mieściło się w standardowym budynku tysiąclatki, więc nie było to nic szczególnego, ale po drodze mijałem między innymi kamienicę projektu Romualda Gutta. Po lekcjach szło się do Morskiego Oka, mijając ikoniczny dom Wedla. W ostatniej klasie trasa wydłużyła się aż do Pszczółki na grzany miód. Na Pole Mokotowskie chodziło się wzdłuż kultowych szarych domów. Na spacerach i zakupach mijałem realizacje wielu znanych architektów tamtego okresu – ich nazwiska i znaczenie poznałem dopiero dużo później.

Wizyty u kolegów i koleżanek też ukształtowały mój gust. Warszawskie gorseciki (kafelki o charakterystycznym kształcie), kolorowe lastryko na klatkach schodowych i inne detale – to był codzienny widok. Modernizm wyzierał z każdego kąta, choć wtedy nie znałem jeszcze tego słowa.

Ta architektura towarzyszyła mi nawet na studiach. Czekając na autobus na rogu Niepodległości i Nowowiejskiej, stałem właściwie w środku międzywojennej Warszawy. Nic dziwnego, że ją lubię. A może nawet bardziej niż lubię. Ostatnio przemknęła mi przez głowę myśl, żeby zatrudnić się jako nocny ochroniarz w gmachu MEN na Szucha, żeby móc spokojnie kontemplować wnętrza tego budynku z czasów II RP.Blizny, straty i nowa tkanka.

Mokotów był podczas wojny jedną z najmniej zniszczonych dzielnic Warszawy. Znaczną część uszkodzonych budynków stosunkowo szybko naprawiono, część odbudowano, ale wciąż można tam znaleźć ślady walk. Są rzadko spotykane na elewacjach, częściej widać je na ogrodzeniach czy klatkach schodowych – wystarczy się dobrze przyjrzeć, by zobaczyć dziury po pociskach i odłamkach.

Po wojnie Mokotów też poniósł straty. Nie ma już Kina Moskwa, gdzie chyba pół dzielnicy chodziło na randki i gdzie Chris Niedenthal wykonał jedno z najbardziej ikonicznych zdjęć związanych ze stanem wojennym. Po skoczni narciarskiej, przy której odbywały się giełdy sprzętu zimowego, został tylko mały budynek. Z okolic Łowickiej nie unosi się już zapach świeżego pieczywa, a uczniowie nie uczą się w Liceum Ogólnokształcącym pw. św. Augustyna w Alei Niepodległości. Wiele osób wręcz rozpacza po Supersamie.

Za to pojawiają się nowoczesne apartamentowce i domy, udające klasycystyczne dworki czy pałacyki, oraz budowle, próbujące przebić w swojej eklektycznej fantazji słynny Hotel Czarny Kot z Okopowej. Na Starym Mokotowie dawno przestały straszyć wyrwy w zabudowie, spowodowane wojną i powstaniem, a wolnych działek jest jak na lekarstwo. Na szczęście Mokotów wciąż jest zieloną dzielnicą z dużą liczbą parków i zadrzewionych ulic. Zauważyłem to dobitnie, mieszkając pewien czas pod Londynem – specjalnie nadkładałem drogi, idąc na uniwersytet, tak aby przejść koło kępy kilku drzew. Były jedynymi w całej okolicy.

Znanego otoczenia można też nie lubić, a nawet się go bać. Na Mokotowie mieliśmy przecież gmach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na Ksawerowie, w stylu socrealizmu. Cała Rakowiecka budziła strach, oswajany żartem – zaczynało się w Moskwie (kino), a potem były Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, więzienie, a na końcu pętla (tramwajowa). Nawiasem mówiąc, jedynie więzienie wybudowano przed wojną.

Miasto, które każdy nosi w sobie

Oczywiście w Warszawie łatwo natknąć się na XIX‑wieczną zabudowę z czasów zaborów, ale ona nie budzi we mnie pozytywnych emocji. A jadąc przez Pragę – tę prawdziwą – czuję się, jakbym był w obcym mieście. Oddycham dopiero za nią, gdy trafiam na starą część Grochowa, która rozwijała się w tym samym czasie co Mokotów. W Gdyni czuję się jak u siebie, a może nawet lepiej – to w końcu miasto, które powstało z podobnego ducha nowoczesności.

Pewnie każdy mógłby napisać własną apoteozę swojego miejsca w Warszawie. Nawet moi sąsiedzi z Mokotowa będą zachwycać się okolicami o zupełnie innym charakterze, na przykład blokami z Wierzbna, Służewca nad Dolinką czy Stegien. Jeszcze inne emocje będą mieli mieszkańcy różnych osiedli WSM (oprócz Mokotowa jest ich aż dwanaście), MDM czy ocalałych fragmentów śródmiejskiej zabudowy.

Może właśnie na tym polega jeden z fenomenów naszego miasta – że każdy nosi w sobie jego własną wersję. Jest ich bardzo wiele i każda z nich jest prawdziwa.

* Stary Mokotów jest terminem z Miejskiego Systemu Identyfikacji, definiującym ściśle określony obszar. W moim odczuciu dotyczy jednak znacznie większego terytorium – tego, co było zabudowane przed wojną.