Październik 2025 roku, Literacka Akademia Seniora w Muzeum Literatury. Na wykładzie poświęconym Stanisławowi Wilhelmowi Lilpopowi z kąta sali dobiega głos mężczyzny na bieżąco uzupełniającego treści podawane przez prowadzącą. To grafik Marek Chaczyk, który doskonale orientuje się w życiorysie zięcia Lilpopa, czyli Jarosława Iwaszkiewicza. I nie tylko jego. Dużo wie o literatach, a – jak dowiaduję się później – jego praca twórcza jest ściśle związana ze światem literackim. To artysta, który dysponuje ogromnym dorobkiem twórczym w zakresie grafiki, obejmującym rysunek, grafikę prasową i książkową oraz plakaty.
#POKOLENIA
ARTYKUŁY

Marek Chaczyk – mistrz dziwnej kreski # Pokolenia 77
Gdyby chcieć wymienić tytuły książek i czasopism z ilustracjami Marka Chaczyka, zabrakłoby pewnie miejsca w tym numerze. Publikował w dwustu czasopismach krajowych i zagranicznych. Od początku lat 90. współpracuje z wydawnictwami książkowymi, w tym z: Instytutem Badań Literackich, Książką i Wiedzą, Państwowym Instytutem Wydawniczym, Wydawnictwem Naukowym Scholar oraz Wydawnictwami Szkolnymi i Pedagogicznymi. „Odkąd sięgam pamięcią, był on blisko literackiego świata. Przyjaźnił się z pisarzami, bywał na spotkaniach autorskich, publikował w pismach literackich, ilustrował tomiki poetyckie…” – pisze o Marku Chaczyku Dorota Suwalska, pisarka, animatorka kultury i plastyczka.
Miał szesnaście indywidualnych wystaw grafik, uczestniczył też w licznych pokazach zbiorowych w kraju i na świecie (między innymi w: Holandii, Niemczech, Wielkiej Brytanii i USA). Wystawiał w takich miejscach, jak Biblioteka Narodowa w Warszawie, stołeczna Zachęta, Muzeum Kinematografii w Łodzi, Muzeum Karykatury w Warszawie, a także Muzeum Plakatu w Wilanowie. W latach 1995-2000 brał udział w cyklicznych wystawach Współczesna polska sztuka książki. Od 1998 roku współpracował z biuletynem „Sprawy Nauki” Komitetu Badań Naukowych, nie tylko jako grafik.
Twórczość z haczykiem
Wyobraźmy sobie taki oto epizod z życia artysty. Dwudziestoletni chłopak bardzo chce malować. Udaje się więc do Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, gdzie odnajduje Jerzego Tchórzewskiego, kierownika pracowni malarstwa na Wydziale Grafiki, i pokazuje mu swoje prace. Profesor ogląda przedstawione propozycje, zastanawia się chwilę, po czym mówi: „Panu akademia nie jest już do niczego potrzebna”. Chyba trudno o lepszy komplement.

Ulubionym tematem artysty jest ludzka twarz, ale w jego dorobku znajdziemy również prace z dyskretnie zaznaczoną anegdotą, portrety sprowadzone do formy masek, tajemnicze symbole, dziwno-stwory czy postacie kobiet.
Oto kilka tytułów – z dużej liczby pokazanych mi – artykułów o twórczości Marka Chaczyka: Chaczyk, czyli metafizyka kreski, Mefisto w krainie koktonów, Chaczyk osobny. Bo jest w dziełach Marka Chaczyka coś z pogranicza metafizyki, a sam autor nie poddaje się prostemu zaszufladkowaniu. Przecież w tych, z pozoru zwykłych kreskach, czujemy czy widzimy – w zależności od sytuacji – przerażenie, ból, rozpacz czy, przeciwnie, jakiś rodzaj radości, rozbawienia. Twórczość Chaczyka jest nie tylko do patrzenia, a także – a może nawet przede wszystkim – do myślenia. Jak napisał Andrzej Skoczylas w jednym z wymienionych wyżej tekstów: „Nie ma w Polsce drugiego takiego grafika, rysownika, ilustratora, którego prace zostałyby zamieszczone w tak wielkiej liczbie gazet i czasopism”.
Rysunki charakteryzuje swoboda, bezpretensjonalność, żywiołowość, zuchwałość, wręcz brawura kreski, a także fakt, że autor potrafi umiejętnie sięgać do estetyki dziecięcych rysunków – a to naprawdę niełatwe.
Pablo Picasso jest autorem takiej myśli: „Zajęło mi cztery lata, aby malować jak Rafael Santi, ale całe życie uczę się malować jak dziecko”. Zdaje mi się, że Marek Chaczyk tę umiejętność po prostu zachował.

Artysta (nie) z przypadku
Swoją przygodę ze sztuką Marek Chaczyk zaczynał w Kole Miłośników Sztuki przy warszawskiej Zachęcie. Trzeba przyznać, że miał ku temu doskonałe warunki. Urodził się wprawdzie na Pańskiej, ale już od piątego roku życia mieszkał na Kredytowej, skąd do Zachęty jest naprawdę kilka kroków. W czasie jednego z obozów wędrownych, organizowanych przez koło, poznał Tomasza Raczka, o którym opowiada z właściwą sobie swadą.
Przyznam, że dawno już nie miałem tego komfortu, by z bohaterem tekstu spotkać się nie raz, a kilka razy – w różnych miejscach i na różnych płaszczyznach. Przede wszystkim starałem się obserwować pana Marka na większych spotkaniach, w których obaj braliśmy udział. I mam dwie zaskakujące obserwacje. Po pierwsze, jest to artysta niezwykle zaangażowany i aktywny – kontrolujący niemal każde słowo prelegenta i spieszący z uzupełnieniami i dopowiedzeniami. Po drugie, wzbudza powszechną sympatię pozostałych uczestników – nikogo nie złości to, że dopowiada, że uzupełnia. Również prowadzący wykład czy pogadankę są raczej wdzięczni, niż wykazują jakiekolwiek oznaki zniecierpliwienia merytorycznymi wstawkami pana Marka. Ten człowiek się nie wymądrza, lecz dopowiada, a to robi wielką różnicę.
W tych uzupełnieniach nie ma nic dziwnego. Przez lata swojej pracy artystycznej Marek Chaczyk miał okazję poznać wielu wybitnych twórców naszej kultury: pisarzy, reżyserów, karykaturzystów itp. Może o nich opowiadać bez końca, a anegdotami sypie jak z rękawa. Wśród znajomych pana Marka jest na przykład Grzegorz Kasdepke, autor wielu poczytnych książek, słuchowisk i utworów dla dzieci, którego nasz bohater poznał dość przypadkowo, by potem stać się jednym z ilustratorów w „Świerszczyku”, magazynie dziecięcym, którego Kasdepke był redaktorem naczelnym.
Marek Chaczyk jest tylko jeden
Pan Marek jest doskonałym rozmówcą. Odznacza się wręcz niezwykłą pamięcią do faktów z przeszłości.
I tak dowiedziałem się, że autor grafiki musi liczyć się z tym, że czasem jego interpretacja jakiegoś dzieła literackiego może się nie spodobać innym osobom. W tym kontekście Marek Chaczyk opowiada o ilustracji do tomiku poezji Ernesta Brylla. Autor zaakceptował zaproponowaną przez niego okładkę do książki Na szkle malowane, zaaprobował ją także naczelny grafik wydawcy, jednak projekt nie doczekał się realizacji, ponieważ ostatecznie nie przypadł do gustu redaktorowi naczelnemu wydawnictwa, który powiedział: „Oczekiwałem czegoś w stylu Dudy-Gracza”. A przecież Duda-Gracz jest tylko jeden – konstatuje pan Marek.
Kiedy tak siedzimy po zakończonej rozmowie, pada nagle jeszcze jeden wątek. –A wie pan, że uczestniczyłem w wystawie zbiorowej w Holandii? – mówi. Od słowa do słowa dochodzimy do tego, że wystawa ta miała miejsce w Muzeum Grafiki w Groningen, a to miejscowość, w której aktualnie moja wnuczka studiuje design. I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?
Na pamiątkę naszego spotkania – nie ostatniego, jak sobie obiecaliśmy – dostaję unikat – wydany w 1996 roku zbiór wierszy Ewy Kotus z ilustracjami mojego rozmówcy. Książka nosi tytuł Obrazek Krzysia, a jej oryginalność polega na tym, że ilustracje są wydrukowane na pergaminie, a więc tak, jak dzieci lubią kalkować rysunki.
Na podkreślenie zasługuje jeszcze jedna rzecz. Pan Marek od lat pracuje tymi samymi metodami i technikami. Po Warszawie porusza się głównie pieszo. Nie ma też komórki, adresu poczty elektronicznej, nie używa internetu. W czasach, gdy coraz więcej grafik jest – otwarcie lub potajemnie – dziełem programów komputerowych, taka postawa zasługuje na szczególne wyróżnienie.
Jednocześnie – paradoksalnie – w sieci można znaleźć ogrom materiałów o dorobku mojego rozmówcy. I to definitywnie świadczy o tym, jak bardzo jest ceniony. Pozostaje życzyć tego samego każdemu artyście.

