Sport to nie tylko siła, ale i charakter # Pokolenia 79

Niektóre życiorysy można zamknąć w liczbach: medale, daty, sekundy przewagi, zapisane w tabelach wyników. Ale historia Czesława Langa, legendy polskiego kolarstwa, zdecydowanie wymyka się statystykom. Zaczynał w czasach PRL, kiedy sport wyglądał zupełnie inaczej niż dziś. Później był odważny wyjazd na Zachód – włoskie drużyny, zawodowy peleton, nowa rzeczywistość i inne reguły gry. I wreszcie powrót do Polski, już zmienionej, i budowanie czegoś własnego. Tym razem nie na kolarskiej trasie, ale za kulisami wielkiego sportu – jako organizator i gospodarz Tour de Pologne.

 

O drodze, sportowej i życiowej, o tym, co zostaje po latach codziennego pedałowania, jak zmienia się rozumienie sukcesu i czym jest odpowiedzialność – z Czesławem Langiem rozmawia Halina Molka.

Jak zaczęła się pana przygoda ze sportem – to była pasja, przypadek czy od początku świadoma decyzja?

 

Na pierwszym miejscu była pasja. Ona się u mnie pojawiła bardzo wcześnie. Wychowałem się na wsi, w czasach komuny. Ojciec był dyrektorem PGR, więc u nas było okej, ale w innych domach różnie bywało – bieda, czasem alkohol, nie zawsze dobre przykłady dla młodych.

I wtedy trafił się taki nasz nauczyciel – społecznik z krwi i kości. Zbierał nas, dzieciaki, organizował różne zawody w szkole. Niby nic wielkiego, ale dla nas to był cały świat. Jak ktoś wygrał, to jechał dalej: powiat, województwo. Człowiek zaczynał wierzyć, że może coś więcej.

To on zaszczepił we mnie miłość do sportu. A kolarstwo? Oglądało się Wyścig Pokoju, Szurkowskiego, Szozdę – wielu młodych chłopców chciało być jak oni. Ja też. Zacząłem się ścigać na zwykłej damce, rowerze mamy. I wtedy zauważył mnie trener. Powiedział, że coś ze mnie może być, pomógł trafić do LZS Baszta Bytów. Tam już było na poważniej. Ale to nie były czasy jak dziś. Sprzęt? Człowiek sam kombinował – kleiło się dętki, naprawiało, jak się dało. Bardziej przygoda niż wielki sport, ale ja wtedy połknąłem bakcyla. A więc była i pasja, i trochę przypadku. Ale żeby iść dalej, musiała być decyzja.

Co na początku było dla pana ważniejsze – wygrać z innymi czy udowodnić samemu sobie, że da pan radę?

Zawsze ciągnęło mnie do ścigania się z innymi. Chciałem też wygrywać – najpierw w klasie, w szkole, później w powiecie, w województwie. To przychodziło naturalnie. Miałem też marzenie – zostać kolarzem zawodowym, jeździć w dużych wyścigach, w Polsce i na świecie, coś znaczyć w tym sporcie. I wszystko temu podporządkowałem. A, wie pani, ja nawet nie myślałem wtedy o pieniądzach. Jedynie chciałem być coraz lepszy, dojść jak najwyżej. Na początku była po prostu zwykła chłopięca rywalizacja. Z czasem przyszło zrozumienie, że żeby wygrywać z innymi, trzeba najpierw wygrać samemu ze sobą – ze zmęczeniem, słabością i momentami, kiedy już się nie chce. Bez tego nie da się iść dalej.

Sport w PRL był ważny

Pana początki przypadały na czasy PRL. Czy tamten system bardziej hartował charakter, czy raczej ograniczał indywidualność?

W PRL sport był bardzo ważny, wręcz państwowy. To był czas, kiedy sukcesy sportowe, takie jak pamiętne zwycięstwo Polski nad Argentyną w 1974 roku, budziły ogromne emocje i dumę narodową. System dawał młodym ludziom realną szansę, żeby coś robić. Na wsiach i w mniejszych miejscowościach działały LZS, gdzie każdy mógł spróbować różnych dyscyplin: kolarstwa, zapasów, ciężarów. To była świetna baza, z której często wywodzili się zawodnicy kadry narodowej. Ludowe zespoły sportowe naprawdę robiły dobrą robotę – uczyły dyscypliny, hartowały charakter i pozwalały rozwijać talent. Oczywiście nie wszystko było idealne.

Indywidualność zawodnika czasem schodziła na dalszy plan, bo najważniejsze były wyniki i plany centralne. Za to wielu z nas, w tym ja, nauczyło się pracować systematycznie, wytrwale i cierpliwie – to procentuje do dziś. Obecnie młodzież ma znacznie więcej możliwości i sama decyduje, co chce robić. Ale jako państwo powinniśmy pamiętać, że sport to nie tylko rywalizacja, lecz także wychowanie. Ministerstwa sportu i zdrowia powinny lepiej ze sobą współpracować, aby ruch i aktywność fizyczna były naturalną częścią życia dzieci i młodzieży. To inwestycja w charakter, zdrowie i w całe społeczeństwo.

Zdobyty przez pan srebrny medal olimpijski w Moskwie w 1980 roku przypadł na czas napięć politycznych. Czy tamten sukces był dla pana czysto sportowy, czy miał także wymiar symboliczny?

Tamte czasy były inne niż dziś. Wówczas sport nie był tylko zwykłą aktywnością – miał wymiar znacznie szerszy. Tak samo sukces Polaka miał wymiar nie tylko sportowy, ale i symboliczny. Wielu pamięta słynny gest Kozakiewicza, zdobywcy złotego medalu – był odpowiedzią na gwizdy radzieckiej publiczności, znakiem sprzeciwu. Na trasach kolarskich to napięcie również było wyczuwalne – rywalizacja z zawodnikami ze Związku Radzieckiego była walką zarówno sportową, jak i o naszą dumę narodową. Pamiętam mój wyścig – w peletonie ja jedyny w biało-czerwonej koszulce i dwóch chłopaków w czerwonych. Byli prawie pewni zwycięstwa.

Zwłaszcza że na trybunach byli Leonid Breżniew i różni partyjni oficjele, a trasę obserwowały setki tysięcy widzów. Ogromne napięcie i mobilizacja. I zaskoczenie – jestem drugi. Ten medal nigdy nie był dla mnie jedynie sportowym osiągnięciem. Był czymś większym.

Za granicą: wybór, ryzyko i nowe szanse

Wyjazd do Włoch w latach 80. był decyzją przełomową? Co było trudniejsze – rywalizacja sportowa czy konfrontacja z inną kulturą i modelem życia?

Ten wyjazd był rzeczywiście przełomowy. Treningi i zawody zawsze były częścią mojej codzienności. W sporcie mogłem więc liczyć na swoje nogi, przygotowanie, doświadczenie. Ale konfrontacja z inną kulturą, innym podejściem do życia i pracy, zwyczajami, językiem… to było coś zupełnie nowego. No i nagle trzeba było się w tym wszystkim odnaleźć, nauczyć wszystkiego od nowa – od prostych rzeczy, jak zakupy, po bardziej subtelne sprawy, jak budowanie relacji czy rozumienie włoskiego temperamentu. To była wielka szkoła życia.

Traktował pan ten wyjazd jak sportowy awans, próbę osobistej niezależności?

To było coś więcej niż awans sportowy. Spełniłem swoje marzenie – przeszedłem z kolarstwa amatorskiego do profesjonalnego, uczestniczyłem we wszystkich najważniejszych wyścigach świata, od klasyków Paryż–Roubaix po Giro d’Italia, ścigałem się z najlepszymi i uczyłem się od nich każdego dnia. Niezależność też była ważna. W Polsce wszystko było z góry ustalone – treningi, wyjazdy, rytm życia. We Włoszech mogłem decydować o sobie, o swoim dniu, o tym, jak się przygotować i jak radzić sobie z trudnościami na trasie. Mogłem kształtować własną drogę, zdobywając doświadczenie i respekt w peletonie. Nauczyłem się odpowiedzialności, samodzielności.

Kim pan tam się czuł bardziej sportowcem czy emigrantem?

Czułem się sportowcem – każdy dzień to był trening, wyścigi, taktyka. Ale dopóki Jan Paweł II nie został papieżem, to w środku czułem się też emigrantem. Czasami wstydziłem się mówić po polsku, bo Polska była tam źle kojarzona, na przykład z robotnikami, którzy przyjeżdżali do Włoch myć szyby. Po wyborze Wojtyły na papieża wszystko się zmieniło. On dał nam wiarę, poczucie godności i naprawdę zmienił bieg historii. Polska zaczęła być postrzegana inaczej, z większym szacunkiem, mogliśmy być dumni z tego, skąd pochodzimy.

Lider na trasie: triumf i samotność

Kolarstwo to sport zespołowy, ale moment decydującego ataku bywa samotny. Co dzieje się z kolarzem, kiedy zostaje sam i musi polegać wyłącznie na sobie?

Kolarstwo to sport zespołowy, każdy o tym wie – strategia, współpraca z kolegami z drużyny. Ale moment decydującego ataku to już zupełnie inna historia. Wyobraźcie sobie start: wielka adrenalina, stu osiemdziesięciu mężczyzn jedzie, każdy chce być z przodu, każdy walczy o swoje miejsce. I nagle jesteś sam. Trzeba ułożyć własną strategię, znaleźć swoją linię, wyczuć rywali. Stawia się wszystko na jedną kartę i pędzi się, ile sił w nogach. To właśnie wtedy odkrywa się swoją siłę.

Sukces bardziej buduje wewnętrzny spokój, czy raczej rodzi presję, by stale potwierdzać swoją wartość?

Sukces daje ogromną satysfakcję. Motywuje, dodaje pewności, mówisz sobie: „Stać cię na to, możesz więcej, dasz radę”. To buduje wewnętrzny spokój, wiesz, że twoja praca i wysiłek przynoszą efekty. Niestety, to wszystko niesie też presję – człowiek czuje, że musi to ciągle potwierdzać, że oczekiwania rosną. Każdy kolejny start to nie tylko walka z rywalami, ale i z samym sobą – czy znów pokażesz, że jesteś w formie, że stać cię na więcej.

Jak radził pan sobie z tymi oczekiwaniami – nie tylko kibiców, lecz także własnymi?

Kibice zawsze chcą, żebyś wygrał. Tyle że te oczekiwania – i te z zewnątrz, i te, które stawiamy sobie sami – czasami są po prostu zbyt duże. Francuzi czy Włosi cieszą się samym startem, tym, że sportowcy jadą dla nich i dają z siebie wszystko. My, Polacy, też powinniśmy się takiego podejścia nauczyć. Trzeba cieszyć się nie tylko wynikiem, ale po prostu wyścigiem. Jeżeli zawodnik wygra – super, radujmy się razem z nim. Jeśli nie, to też jest ważne, bo włożył w to wiele pracy i serca.

Koniec wyścigu – początek nowej drogi

Moment zakończenia kariery sportowej bywa dla wielu zawodników bardzo stresujący. Jak pan przeżył ten etap?

Dla sportowca zakończenie kariery to ogromna zmiana. Kończy się coś, w czym byłeś najlepszy, byłeś numerem jeden. Wszyscy ci pomagali, wspierali cię, a na trasie – pamiętam – na siedmioetapowym wyścigu potrafiło cię oglądać kilka milionów ludzi. I nagle to się urywa. Czujesz, że słabniesz, że ciało już nie odpowiada tak, jak kiedyś. Nie idziesz na trening, nie ma tej codziennej rutyny. Coraz mniej ludzi cię rozpoznaje, mniej prosi o autograf, a na twoje miejsce przychodzą młodzi. Ktoś inny wygrywa, komuś innemu kibicują. I zostaje taka… pustka.

Tę pustkę trzeba czymś wypełnić. Ja odnalazłem się jako organizator, dalej jestem blisko sportu. Ale nie każdy sobie tak radzi. Niektórzy się gubią, źle inwestują ciężko zarobione pieniądze, tracą biznesy, zdarza się, że popadają w alkoholizm. Prawda jest taka, że odejście ze sportu w naszym kraju nie jest rozwiązane systemowo. W wielu krajach byli sportowcy są zaopiekowani, mają wsparcie od państwa, pomaga im się znaleźć pracę, dopasowaną do ich możliwości i zainteresowań. U nas jesteś z tym sam. A przecież koniec kariery to moment, w którym zaczyna się zupełnie nowe życie, a nie każdy jest na nie gotowy.

Przewodzić z głową i sercem

Jako organizator Tour de Pologne przeszedł pan drogę od zawodnika do lidera dużego przedsięwzięcia. Czy odpowiedzialność za innych smakuje inaczej niż odpowiedzialność za własny wynik?

Jako zawodnik odpowiadałem wyłącznie za siebie, swoje nogi, decyzje na trasie. A jako organizator? Tu masz setki ludzi, tysiące detali. To jest inny stres niż na rowerze. Na trasie bolały nogi, ale głowa była skupiona na jednym. Tutaj głowa pracuje cały czas – bezpieczeństwo, logistyka, kibice, zawodnicy. Jedna decyzja może wpłynąć na wszystkich. Ale powiem tak: jak potem widzisz, że wszystko się udało, ludzie są zadowoleni, wszyscy dojechali bezpiecznie, kibice się cieszą… to też jest satysfakcja. Chociaż inna niż zwycięstwo na trasie.

Czy doświadczenie sportowca pomaga w zarządzaniu ludźmi, czy bywa obciążeniem, bo skłania do zbyt wysokich wymagań?

 

Raczej pomaga, bo wiesz, czym są praca, dyscyplina, odpowiedzialność. Wiesz też, ile kosztuje dojście na wysoki poziom i potrafisz to docenić u innych. Łatwiej zrozumieć ludzi w zespole, ich zmęczenie, presję, momenty słabości. Ale z drugiej strony to może być też obciążeniem. Bo masz w głowie swój poziom, swoje standardy i czasami oczekujesz od innych tyle samo, ile wymagałeś od siebie. A nie każdy funkcjonuje tak samo, nie każdy ma tę samą odporność czy determinację.

Jak zmieniło się pana rozumienie sukcesu, gdy przestał być mierzony sekundami?

Kiedyś wszystko było proste, takie czarno-białe. Albo byłeś pierwszy, albo drugi, czasem zabrakło pół koła i już wiedziałeś, gdzie jesteś. Dzisiaj patrzę na to inaczej. Sukces to nie jest już tylko wynik na mecie, tylko to, co zostaje po drodze – czy coś zbudowałeś, czy coś trwa, czy ludzie chcą z tobą pracować, czy wracają, czy mają do ciebie zaufanie. Jak organizuję wyścig i widzę, że wszystko działa, że zawodnicy są bezpieczni, że kibice są zadowoleni, że ktoś przychodzi i mówi: „Dobra robota!” – to dla mnie też jest sukces.

Czy łatwiej dziś panu akceptować ograniczenia, czy nadal ma pan potrzebę ich przekraczania?

Kiedyś w ogóle nie myślałem o ograniczeniach – liczyło się tylko, jak jechać szybciej, mocniej, dalej. To było naturalne. Dziś jest trochę inaczej. Akceptuję je, bo wiem, że biologii się nie oszuka. Ale to wcale nie znaczy, że całkowicie zniknęła potrzeba ich przekraczania. Ona dalej jest, tylko zmieniła formę. Kiedyś przekraczałem granice na trasie, dziś robię to w codziennym życiu – żeby się ruszyć, żeby utrzymać formę. Już nie walczę o wynik, ale o to, żeby czuć się dobrze i być w dobrej kondycji.

Biało-czerwona koszulka z orłem zobowiązuje

Czy dzisiejszy sport buduje wspólnotę w podobnym stopniu jak kiedyś?

 

Kiedyś każdy sukces Polaka naprawdę jednoczył ludzi – to było coś więcej niż wynik, wszyscy czuli, że to ich zwycięstwo. Oczywiście sport wciąż potrafi jednoczyć ludzi, nadal budzi emocje, ludzie cieszą się, kibicują, ale dzisiaj dzieje się to trochę inaczej niż za mojej młodości. Współcześnie życie się skomercjalizowało. Kto ma pieniądze, może iść na zajęcia, wynająć trenera, opłacić klub. Kogo nie stać, ma większe trudności, żeby uprawiać sport regularnie. To zmienia poczucie wspólnoty.

Czy sportowiec powinien być moralnym autorytetem?

Sportowiec jest cały czas na widoku. Kibice obserwują, młodzi się inspirują, często próbują naśladować. No i siłą rzeczy pojawia się odpowiedzialność, nie tylko za wynik, ale też za to, jak się człowiek zachowuje. A kiedy jedzie w koszulce z orzełkiem na piersi, to już w ogóle wchodzi na inny poziom. Reprezentuje kraj, więc, chcąc nie chcąc, staje się przykładem dla innych. I wtedy takie rzeczy, jak szacunek, uczciwość czy gra fair play, mają ogromne znaczenie. Nie każdy sportowiec musi być od razu autorytetem, wiadomo. Ale jeśli pokazuje, że ciężko pracuje, jest konsekwentny i jeździ uczciwie, to dla wielu ludzi, szczególnie młodych, staje się naturalnym wzorem.

Medale, trasy i człowiek

Gdyby miał pan wskazać jedną decyzję, która najbardziej ukształtowała pana jako sportowca i człowieka, co by to było?

To decyzja o wyjeździe z kraju w latach 80. i rozpoczęciu startów w sporcie zawodowym. Była to też ogromna rozterka. Najpierw – czy w ogóle wyjechać, zostawić wszystko za sobą, ryzykować nieznane. Później – czy wrócić, zwłaszcza w czasie stanu wojennego, nie wiedząc, co tu zastanę, jakie będą warunki, jak ludzie zareagują. To wymagało odwagi.

Z czego jest pan dziś bardziej dumny – z pięknej kariery kolarskiej czy z tego, co udało się stworzyć później?

Starty, między innymi w Hiszpanii, Francji czy we Włoszech, ściganie się na najwyższym poziomie, medale – to wszystko daje ogromną satysfakcję. Ale powiem szczerze: dziś chyba najbardziej dumny jestem z tego, co zrobiłem później jako organizator Tour de Pologne. Z tego, że udało się stworzyć coś, co trwa, co cieszy zawodników, kibiców i całe środowisko kolarskie. To zostaje na dłużej niż jeden wyścig. Dla mnie to się fajnie uzupełnia – najpierw sam się ścigałem, zbierałem doświadczenie, a potem mogłem to wykorzystać i zrobić coś większego dla innych.

W historii polskiego sportu zajmuje pan ważne miejsce. Jak chciałby pan być zapamiętany przez potomnych?

Jako dobry człowiek!

 

 

Dziękuję za rozmowę.