Sztuka jest kobietą. Starą kobietą # Pokolenia 77

Ela Hołoweńko – artystka plastyczka, aktywistka i feministka – stworzyła sobie życie w kolorze różowym. Dosłownie. W jej małym warszawskim mieszkaniu dominuje właśnie ten odcień. Kontrastuje z historią jej życia, która wcale różowa nie była. Dziś siedemdziesięciosiedmiolatka rozsupłuje wspomnienia jak splątane czerwone nici przeznaczenia i przekuwa je w projekty artystyczne – część z nich realizuje z Klubem Seniorek i Seniorów Nowoczesnych przy MSN.

Pierwsze, co rzuca się w oczy w pokoju Eli, to ogromny rysunek na sztaludze. Para młodych ludzi to jej rodzice – precyzyjnie odwzorowani milionami delikatnych kreseczek ołówka z miniaturowej fotografii. Mama dotyka palcem dłoni taty. Za nimi ogromne liście i kwiaty – mięsiste, soczyste, zupełnie inne niż rośliny ze słynnych zielników Eli, którymi zachwyciła się kiedyś sama Wisława Szymborska. Wspólnie przygotowały tom wierszy noblistki ilustrowany misternymi kompozycjami artystki.

Realizm magiczny

Portret rodziców to jedna z prac z nowego cyklu tworzonego w duchu realizmu magicznego. Na innym rysunku łączy ich czerwona nić przeznaczenia – motyw z tradycji koreańskiej. Projekt powstaje na płachtach hanji, papierze z kory koreańskich morw. To dla Eli sposób na odczarowanie dzieciństwa i młodości. Na przyjęcie zaskakującej dla niej myśli: że być może powstała z miłości, nie z nienawiści, jak przez lata wierzyła. – Mama uciekła z klarnecistą… – mówi.

Z jej biografii wiem, że ona też kiedyś uciekła. Tuż przed stanem wojennym porzuciła strych na Mariensztacie, artystyczne, wygodne życie i wyjechała w Tatry. – Oszalałam – mówi dziś bez patosu. – Miłość jest jak narkotyk.

Przyłączyła się do spełnienia marzenia męża o byciu góralem. To oznaczało sześć lat w koniarni. Chałupa kupiona w jednej z najwyżej położonych osad w Polsce była w ruinie. Brak wody i kanalizacji, piec, latem zatrzęsienie much, zimą trzaskający mróz. Potem kolejne lata współuzależnienia i macierzyństwa – niby w związku, ale samotnym i przepełnionym strachem. Powiedziała „dość”, gdy miała pięćdziesiąt dwa lata, w akcie rozpaczy. – Wiesz… ja zawsze byłam taka bardzo grzeczna. Nawet to odejście od męża nie było jeszcze buntem…

Beton i pleśń

Warszawa przyjęła ją i dzieci wilgocią. W mieszkaniu, które wynajęła za zaoszczędzone pieniądze, tapczan był przyrośnięty do ściany, a w jego wnętrzu panoszyła się pleśń. Poza mieszkaniem nie czuła się dużo lepiej. Po dwudziestu latach na wsi bała się nawet wejść do metra. Była zagubiona. Ale zdeterminowana – trzeba było wykształcić dzieci, utrzymać dom, przetrwać.

W dojściu do siebie pomogła jej terapia. I beton. A także przyjaciółka. Dzięki jej wsparciu finansowemu mogła przez chwilę nie walczyć o przetrwanie, lecz skupić się na tworzeniu. W chłodzie i wilgoci powstało dziewięć obrazów na betonie. Na najbardziej przejmującym widać nagą, bladą, skuloną kobietę leżącą w walizce. Z obrazu biją bezbronność i brak poczucia bezpieczeństwa. Ściska mnie w gardle na ten widok. Na innym – męski tors w złotych ramach i cytat: „Nie po to skończyłem studia, żeby sypać cukier do cukierniczki”. Uniwersalne motto mężczyzn przekonanych, że urodzili się do wyższych celów, a kobiety są od dźwigania trudów życia i spełniania ich marzeń. Dobrze znam podobne manifesty.

Na wernisażu kobiety z doświadczeniem przemocy płakały. – A znajomy trzeźwy alkoholik stanął przed obrazem i powiedział: „Jakbym siebie widział, kiedy piłem” – wspomina Ela. Sztuka stała się autoterapią. I rozliczeniem z życiem, w którym latami słyszała, że jest beznadziejna. Uwierzyła w to równie mocno, jak kiedyś w historię, że jej rodzice się nienawidzili.

Tu i teraz

Ostatnie lata jej życia nie mają w sobie nic z wycofania. Raczej odwrotnie – jest w nich intensywność, tylko spokojniejsza. Bo tyle jest do zrobienia i stworzenia, a czas się kurczy. Dwa lata temu Ela pracowała jeszcze w Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, rozwijała kompetencje cyfrowe, dorabiała. – Pracę w biurze skończyłam, mając siedemdziesiąt sześć lat – mówi bez fanfar. Emeryturę ma od niedawna, po latach umów o dzieło i zleceń. – Myślałam, że w ogóle jej nie będę miała.

Jej życie toczy się teraz w dużej mierze przy długim stole w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Grupa plastyczna Klubu Seniorek i Seniorów Nowoczesnych, którą prowadzi, nie robi ładnych obrazków. Robi opowieści. O starości bez udawania młodości. O widzialności. O pamięci.

Wystawa Starość jest OK! to ich manifest. „Zwinęliśmy młodość i rozwijamy starość” – podkreślają w opisie. Nie z przekory, raczej z doświadczenia. W pracy Transformacja ty my, czyli krótka opowieść o najdłuższej kolejce w kolejce Życia rozwijają dwadzieścia dwa metry historii swojego pokolenia – trochę pamiętanej, trochę zapomnianej. W projekcie Jak zauważyć co Niezauważane w ideale konsumpcyjnego piękna i młodości bawią się Barbie. I Kenem. Przewrotnie.

Z dystansem. Z pytaniem, czy w świecie oszalałym na punkcie młodości jest jeszcze miejsce na twarze z czasem wypisanym pod oczami. W Pamięci naszych sukienek opowiadają swoje życie przez „tkaniny” – miłość, pracę, podróże. „Zostawcie nam godność starości, nie uczcie nas udawania młodych” – brzmi ich przesłanie. Ten projekt można nie tylko obejrzeć, lecz także wysłuchać, bo do każdej sukienki dołączona jest mówiona historia jej powstania – na wystawie Starsze miasto, o której pisaliśmy w poprzednim numerze.

W najnowszym projekcie Sztuka naprawiania życia grupa nawiązuje z kolei do kintsugi – japońskiej sztuki naprawy ceramiki złotem. Prace korespondują z wystawą Kijowskie Biennale 2025: Bliski Wschód, daleki Zachód, którą można było oglądać do niedawna w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. To wydarzenie traktujące o przemocy, niszczeniu życia i wszystkich jego sfer – człowieka, Ziemi, a także twórczości i sztuki.

Istnienie człowieka na tej ziemi to cyklicznie powtarzające się działania – budujemy, tworzymy, niszczymy, naprawiamy, budujemy, tworzymy, niszczymy, naprawiamy, budujemy, tworzymy, niszczymy, naprawiamy, budujemy, tworzymy, niszczymy, naprawiamy itd. Tak przez 200 tysięcy lat istnienia gatunku ludzkiego…

Tak, to my jesteśmy twórcami piękna, sztuki, architektury…

Tak, to my jesteśmy twórcami przemocy, zniszczenia i okrucieństwa…

Czy możemy to naprawić? Czy na zawsze pozostaniemy ignorantami w tej platonowskiej jaskini?

Zastanawiają się wspólnie członkowie grupy plastycznej Klubu Seniorek i Seniorów Nowoczesnych, która liczy dziś około trzydziestu osób. To kreatywny miks osób wykształconych artystycznie i zupełnych laików, wszyscy jednak chcą coś zrobić nowego w życiu. (Uwaga: można do nich dołączyć!)

Dojrzały bunt

Ela opowiada o aktywności klubu jak ktoś, kto dobrze wie, że sztuka nie rozwiąże problemów świata, ale może pomóc jednej osobie przetrwać kolejny dzień. Nie ma tu patosu. Jest praca. Są spotkania. Rysunki. Długie rozmowy. I przekonanie, że starość nie jest końcem historii. Jest momentem, w którym można ją wreszcie opowiedzieć po swojemu.

W projektach wymyślanych i animowanych przez Elę jest coś jeszcze – cichy bunt. Ela bez wahania mówi o sobie: „Jestem starą kobietą”. Nie seniorką, nie młodą duchem. Starą. I nie ma w tym ani kokieterii, ani autoironii. To deklaracja. Odbiera słowu „stara” ciężar wstydu i robi z niego tytuł.

Nie chcę udawać młodej. Chcę być starą kobietą z godnością – podkreśla i protestuje, gdy mówię, że wygląda, mówi i żyje jak osoba dużo młodsza. W grupie też nie ma zgody na przezroczystość. Na niewidzialność. Na bycie tłem dla świata, który kocha gładkie twarze i szybkie kariery.

„Zwinęłyśmy młodość i rozwijamy starość” – powtarzają seniorki i seniorzy (panów jest mniej, ale zdarzają się). To nie brzmi jak rezygnacja. Bardziej jak nowy rozdział.

Bunt Eli nie jest już krzykiem. Po prostu mówi „nie” temu, co jej umniejsza. Opowiada swoje życie bez wygładzania. Nazywa rzeczy po imieniu. I daje przestrzeń innym kobietom, żeby też mogły przestać być grzeczne.

Koreański epilog

I jest jeszcze Korea – nie można o niej nie wspomnieć, bo żyje głęboko w duszy Eli. Na jej stole leży hanji sprowadzony z drugiego końca świata. W rysunkach pojawiają się czerwone nici przeznaczenia, motyle, odniesienia do koreańskich seriali, które Ela uwielbia.

Na ścianie przy łóżku wisi „sukienka”, sklejona ze zdjęć koreańskich aktorów. – Wsiąkłam w Koreę – śmieje się. Marzy o koncercie ulubionego boysbandu BTS, ale podróży samolotem do Korei jej serce mogłoby nie wytrzymać. Choć bilety na lipcowe tournée po Europie zniknęły w mgnieniu oka, Ela wybiera się więc w swoje siedemdziesiąte ósme urodziny do Paryża i tam posłucha występu pod stadionem.

Może i nasza bohaterka mówi o sobie „jestem stara”, ale przecież nie starzejemy się tak długo, jak mamy marzenia. A ona ma ich wciąż kilkadziesiąt – zapisanych cienką kreską ołówka, przewiązanych czerwoną nicią i odłożonych na później. Nie z rezygnacją. Z cierpliwością.