Wakacje z rodziną # Pokolenia 80

Niektórzy hobbyści z utęsknieniem czekają na wakacje, aby właśnie wtedy oddać się swojej pasji. Inni – z pewnym żalem – podczas przerwy w nauce swoich pociech muszą porzucić ukochane zajęcie, koncentrując się niemal wyłącznie na opiece nad wnukami. Są jednak i tacy szczęśliwcy, którzy latem mogą po cichu zarażać swoim hobby całą rodzinę. Do tej grupy należą między innymi miłośnicy historii rodzinnej, popularnie nazywani genealogami.

Wakacyjne wyjazdy często prowadzą nas w miejsca związane z przodkami. Opowieść o rodzinnych korzeniach może stać się dla młodszych uczestników wycieczki dodatkową atrakcją. A może uda się odnaleźć dom, w którym mieszkali nasi antenaci, albo choćby ślad po nim? Nie każdy ma odwagę zagadnąć obcych, ale czasem naprawdę warto. Zdarza się, że w okolicy wciąż mieszka jakaś dalsza rodzina, a sąsiedzi pamiętają zaskakująco wiele, a nawet mają interesujące dla nas zdjęcia. W mniejszych miejscowościach centrami lokalnej wiedzy są biblioteki, izby pamięci czy ośrodki kultury – pominięcie ich to prawdziwy grzech zaniechania. W większych miastach koniecznością jest wizyta w muzeum.

Spacer po historii

Nasi przodkowie przemieszczali się pieszo znacznie częściej niż my. Dziś korzystamy z transportu publicznego i własnych samochodów, a jednak już pół wieku temu wspomnienia mojego Taty, że chodził pieszo z Mokotowa na Grochów na randki z Mamą, budziły mój podziw. Wcześniej było to zupełnie zwyczajne. Dlatego warto – korzystając z dobrej pogody – spróbować przejść trasami, którymi mogli podążać nasi przodkowie: do pracy, na spotkania towarzyskie, do kościoła. Może okazać się to dobrą motywacją do aktywnych spacerów. Czy pokonamy dystans, który oni przemierzali codziennie?

Upalna pogoda sprzyja spacerom w cieniu drzew, więc nie powinno być dużego kłopotu z namówieniem rodziny na odwiedzenie okolicznych cmentarzy – nie bez powodu nazywanych przez genealogów archiwami z informacjami wyrytymi w kamieniu. Czasem trafia się znajome nazwisko na starym nagrobku. Jeśli grób jest zadbany, warto spróbować dotrzeć do osób, które się nim opiekują. Nie zapominajmy o zdjęciach – nawet jeśli dziś nie potrafimy powiązać zmarłych z naszą rodziną, jutro możemy odkryć coś, co zmieni całą historię.

W gorący dzień wizyta w chłodnym wnętrzu kościoła lub starego urzędu przynosi prawdziwą ulgę. A jeśli to miejsce, w którym ponad sto lat temu nasi przodkowie przysięgali sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską, wzruszenie może pojawić się samo.

W podróży warto czasem nadłożyć kilka kilometrów, zjechać z głównej trasy, by odwiedzić miejsca związane z rodziną. Każdemu przyda się chwila przerwy na rozprostowanie nóg i zobaczenie czegoś ciekawego.

Zdarza się też, że to rodzina odwiedza nas – dzieci, wnuki, krewni. Może przed ich przyjazdem warto przejrzeć stare szuflady ze zdjęciami i dokumentami? Czy potrafimy rozpoznać wszystkie osoby na fotografiach? A czy nasi bliscy będą w stanie to zrobić? Na wszelki wypadek dobrze jest opisać zdjęcia z tyłu miękkim ołówkiem. Opowieści o osobach z fotografii mogą stać się ciekawym przerywnikiem dziecięcych – i nie tylko – szaleństw, zwłaszcza gdy pada deszcz.

Dla tych, którzy nie spędzają lata z wnukami, wakacje mogą być doskonałym czasem na wizyty w archiwach oddalonych od miejsca zamieszkania. To szczególnie atrakcyjna propozycja w ciężkie do zniesienia upały, gdy pracownie mieszczą się w zabytkowych budynkach o grubych murach lub są klimatyzowane. Po zamknięciu urzędów można zwiedzać okolicę.

A jak spędzali wakacje moi przodkowie?

Historyczna Warszawa nie była latem miejscem szczególnie atrakcyjnym do życia. Otwarte rynsztoki, brak kanalizacji, transport konny pozostawiający po sobie wyraźne ślady i ogólny stan higieny tworzyły warunki, które dla dzisiejszych mieszkańców byłyby absolutnie nie do przyjęcia, a i dla ówczesnych były trudne do zniesienia. Nic dziwnego, że kto mógł, uciekał na wakacje ze stolicy. Działo się to już w początkach istnienia miasta, gdy Warszawą było tylko to, co dziś nazywamy Starówką. Wtedy patrycjusze mieli swoje letniska przy dzisiejszej ulicy Długiej.

W XIX wieku latem ziemiaństwo jechało do swoich majątków lub na dłuższe wywczasy, fabrykanci odwiedzali modne kurorty, klasa średnia wyjeżdżała na letniska, a niektórych było stać tylko na wysłanie dzieci do rodziny. W II RP popularne stało się kupowanie działek z parcelowanych pod Warszawą majątków i stawianie na nich domków letniskowych.

Moi Dziadkowie dostali w prezencie ślubnym działkę w Zalesiu Dolnym, postawili tam domek i spędzali tam wakacje.

Z kolei moja praprababcia przywiozła sobie z wód w Merano męża – przystojnego Węgra, lekarza. Rodzina tak go polubiła, że kuzynka praprababci kupiła tam pensjonat i prowadziła go przez lata. Przyjeżdżała zarówno rodzina, jak i goście zachęceni ogłoszeniami w prasie.

Według rodzinnej legendy tradycja ściągania męża z zagranicy była jeszcze starsza, bo matka praprababci miała przywieźć sobie partnera z Alzacji. Dokumenty jednak wskazują, że został on po prostu sprowadzony do Warszawy przez swojego szwagra do pomocy przy rozwoju firmy.

Aby międzynarodowy bilans się zgadzał, przyrodni brat węgierskiego prapradziadka podczas pobytu w Polsce poznał sąsiadkę bratowej i po ślubie wywiózł ją do Budapesztu. Ich zdjęć nie mam, ale ich wnuk uchodził za sobowtóra Rudolfa Valentino – raz nawet zastąpił go w amerykańskim filmie – więc i brat mojego prapradziadka musiał być przystojny. Szkoda, że akurat tych genów nie odziedziczyłem.

Inni przodkowie – tym razem pradziadkowie od strony Taty – przed rewolucją dużo podróżowali. Mieszkali w Petersburgu, pradziadek prowadził budowy na terenie Rosji, mieli dom letniskowy w Finlandii. Zwiedzali też Austro‑Węgry, Niemcy, Francję i Włochy. Po wybuchu rewolucji udało im się wyrwać do kraju i zamieszkali w Warszawie.

Natomiast rodzina od strony taty mojego Taty nigdzie nie wyjeżdżała – prowadziła gospodarstwo, a największym luksusem było wysłanie Dziadka do prywatnej szkoły. Na wakacje wracał do domu, by pomagać w pracy.

Z tych wszystkich miejsc odwiedziłem jedynie Budapeszt. Niestety było to w czasach, gdy niewiele wiedziałem o rodzinie, więc wyprawa do stolicy Węgier wciąż czeka na swoją właściwą odsłonę. W dalszą wyprawę trudno mi się zebrać, ale nieustannie tropię ślady przodków w Polsce, a nawet w samej Warszawie. Odkrywanie na nowo dobrze znanych ulic też ma swój urok.