Warszawskie rody – Łopieńscy. O pięknie zaklętym w brązie. #Pokolenia 34

Warszawskie rody – Łopieńscy. O pięknie zaklętym w brązie.

Historia mojej znajomości z rodziną Łopieńskich ma już 39 lat. Zaczęła się 12 października 1982 roku, kiedy w studiu Polskiego Radia rozmawiałam z Tadeuszem Łopieńskim, nestorem polskich brązowników, autorem książki „Okruchy brązu”, która właśnie wtedy ukazała się w PWN, w „bibliotece problemów”. Tadeusz Łopieński to kontynuator rodzinnej tradycji, najstarszej firmy brązowniczej, zasłużonej dla Warszawy, wtedy już od trzech pokoleń. Pamiątką tej radiowej rozmowy jest książka, którą dostałam w prezencie od autora, podpisana: Tad. Łopieński, Warszawa, 12.X.1982r.

31 lat później, 4 czerwca 2013 roku, pani Anna Łopieńska-Lipczyk, wpisała do książki ojca dedykację: Idąc w ślady Mego Ojca, wraz z ukłonami i podziękowaniami dla pani redaktor Marzanny de Latour, za wspaniały „Koszykowy” artykuł o Łopieńskich.

„Koszykowy”, bo jesteśmy sąsiadami na śródmiejskich Koszykach. Od 1960 roku Pracownia Sztuki Dekoracyjnej, d. BRACIA ŁOPIEŃSCY, mieści się przy ul. Poznańskiej 24, a ja mieszkam przy pobliskiej Wspólnej. Podziękowania były za artykuł o historii Łopieńskich w „Gazecie na Koszykach”, którą wymyśliłam i prowadziłam jako wiceprzewodnicząca Rady Osiedla Koszyki. Nasza znajomość ma też wymiar sąsiedzki, na co dzień. Świadczy o tym zdjęcie z sąsiadami pracowni i ulicznym koszem na śmieci. Był tu bardzo potrzebny i udało nam się go załatwić.

Blisko, przy Hożej 55, była odlewnia Łopieńskich, w której powstawały pomniki. Po niej pozostał dziś zaledwie frontowy mur, który jest ozdobą nowego budynku z umieszczoną tablicą o odlewaniu tu przez Łopieńskich granatów w czasie Powstania Warszawskiego. Bracia Łopieńscy mieli przed wojną wzorcownię i sklep w Kordegardzie na Krakowskim Przedmieściu, a nieco wcześniej sklep Grzegorz na Nowym Świecie.

Łopieńscy to najstarsza rodzinna warszawska firma. Jej historia zaczęła się w 1862 roku na Ordynackiej 3, gdzie Jan Łopieński założył „jednoosobową fabrykę”, w której  projektował i wykonywał ze srebra, brązu i metali szlachetnych luksusowe przedmioty, jak choćby zastawy stołowe. Firmę przejęli jego synowie, Feliks i Grzegorz, drugie pokolenie Łopieńskich, którzy po 1900 roku zaczęli występować razem pod szyldem „Bracia Łopieńscy”. Ich trzeci brat, Ignacy, był współpracującym z nimi rzeźbiarzem, malarzem i w końcu „odnowicielem (ojcem) współczesnej grafiki polskiej”. Synowie Grzegorza, Władysław, Tadeusz i Zdzisław to kolejne pokolenie firmy „Bracia Łopieńscy”. Dziś czwarte pokolenie — Anna Łopieńska-Lipczyk, córka Tadeusza, z mężem Wojciechem Lipczykiem, sprawuje pieczę nad spuścizną po przodkach, kontynuując ich dzieło w „Pracowni Sztuki Dekoracyjnej, dawniej Bracia Łopieńscy”, na Poznańskiej 24.

Po ośmiu latach wracam do rozmowy o Łopieńskich, z pytaniem, co się w firmie zmieniło po 2013 roku.

Anna Łopieńska-Lipczyk: Nie bardzo na korzyść się zmieniło, ponieważ mamy mniej zamówień. Firmy i instytucje w okresie tych ostatnich lat, w związku m.in. z pandemią, organizują  mniej uroczystości z wręczaniem statuetek, ale ratujemy się robiąc rozmaite reperacje, renowacje etc. Na przykład w tej chwili realizujemy zamówienie na renowację obiektów muzealnych w Muzeum Okręgowym w Koninie.  Poza tym brązy, ale to dopiero jest początek negocjacji dotyczącej wykonania dosyć dużych brązów do pałacowych mebli.

Dziś najbardziej raduje nas to, że odbyła się wystawa Ignacego Łopieńskiego w Muzeum Narodowym. Cudownie, że organizatorzy zdążyli stworzyć ją tuż przed pandemią. Wobec ogromnego zainteresowania została przedłużona o trzy miesiące, do 15 marca 2020 roku. To była dla nas ogromna satysfakcja.

Ignacy, to drugie pokolenie Łopieńskich?

Anna Łopieńska-Lipczyk: Tak, Ignacy Łopieński był bratem Feliksa i Grzegorza, mojego dziadka, czyli moim dziadkiem stryjecznym. Wystawa jego prac miała zostać otwarta w Muzeum Narodowym 1 września 1939 roku. Oczywiście do jej otwarcia nie doszło i dlatego teraz, po 80 latach miała taki ładny tytuł, „Wystawa, której nie było”. Udało się zgromadzić na wystawie mnóstwo prac Ignacego, w tym 130 odzyskanych przez polską ambasadę w Austrii, plus bogaty zbiór z  Muzeum Narodowego. Do tego kolekcjonerzy prywatni, muzea z całej Polski, nawet z Zakopanego góral się pojawił świetny.

Wojciech Lipczyk: Niemcy, uciekając z Warszawy w 1944 roku, wywieźli wszystkie grafiki Ignacego Łopieńskiego i Alfreda Chauppe (to wbrew pozorom też znany polski grafik), i właśnie te grafiki zostały po latach odkryte przez pracownicę polskiej ambasady w Wiedniu, na zamku Fischhorn (ok. 60 kilometrów od Wiednia), razem z innymi zrabowanymi dziełami sztuki, głównie z Muzeum Narodowego. To było wielkie odkrycie, ponieważ w efekcie ponad 130 prac Ignacego Łopieńskiego wróciło do Polski.

Dotąd nie zdawaliśmy sobie w pełni sprawy z tego ile dzieł sztuki Austriacy wywieźli z Polski. Nie tylko Niemcy i Rosjanie rabowali. Te nasze grafiki wróciły dzięki ogromnemu samozaparciu jednego z profesorów austriackch, muzealnika, który się uparł i pokonał całe morze austriackich przepisów broniących prawa własności „zdobytych trofeów wojennych”. Austriacy zwrócili wreszcie do Warszawy to co zrabowali, a minister Radosław Sikorski przekazał odnalezione skarby na ręce ówczesnej dyrektor Muzeum Narodowego. Nareszcie można było przypomnieć opinii publicznej zapomnianą postać Ignacego tworząc wielką wystawę jego prac graficznych i malarskich.

Na „Wystawie, której nie było” udało się zgromadzić mnóstwo prac Ignacego, w tym 130 odzyskanych przez polską ambasadę w Austrii, plus bogaty zbiór z  Muzeum Narodowego. Do tego kolekcjonerzy prywatni, muzea z całej Polski, nawet z Zakopanego góral się pojawił.

Chciałam też państwa zapytać o Pasaż Braci Łopieńskich, łączący Al. Jerozolimskie i Nowogrodzką. To wprawdzie niedaleko od naszych śródmiejskich Koszyków, ale już w dzielnicy Ochota. Kiedy i w jakich okolicznościach doszło do nadania tej nazwy?

Anna Łopieńska-Lipczyk: Pasaż powstał około 10 lat temu, w 2010 lub  w 2011 roku. To jest znowu cała historia, bo mój ojciec, Tadeusz, przez lata starał się, żeby w Warszawie była ulica podchorążego Alka Dawidowskiego.

Wojciech Lipczyk: To bohaterski żołnierz Szarych Szeregów, Armii Krajowej. Miał różne pseudonimy, nie tylko Alek, jego honorowy pseudonim to Kopernicki, bo to on usunął „pod nosem Niemców i granatowej  policji” tablicę z niemieckimi napisami z pomnika Mikołaja Kopernika, sugerującą, że Kopernik był Niemcem. W odwecie  kulturträgerzy zdemontowali pomnik Jana Kilińskiego. To wtedy na murach Muzeum Narodowego pojawił się napis wykonany nocą przez Alka Dawidowskiego: Jam tu, ludu Warszawy, Kiliński Jan. Niemcy zdołowali bowiem w tajemnicy ten pomnik w piwnicach Muzeum, chcąc by ślad po nim zniknął. Dzięki Alkowi to się nie udało. Mój teść, powojenny obrońca pomników warszawskich, walczył z inercją urzędniczą, chcąc by miasto uhonorowało jakoś obrońców pomników warszawskich. Alek to niezwykle kolorowa postać i dużo jest o nim takich pełnych młodzieńczej fantazji, bohaterskich, okupacyjnych historii, dlatego teść uparł się, by powstała w Warszawie ulica Alka Dawidowskiego. Przejęliśmy tę „pałeczkę” od niego i razem z Anią tak długo pisaliśmy do różnych urzędów, że w końcu komisja d/s nazw ulic warszawskich przyznała Alkowi odcinek nienazwanej ulicy w rejonie Dworca Gdańskiego. I jest wreszcie ta ulica. Przy okazji uhonorowania Alka Dawidowskiego, uhonorowano nas, najstarszą, istniejącą rodzinną firmę Warszawy, czym nas zaskoczono. Mamy ulicę! Na pasażu, przy byłym sklepie Banku PKO BP, a późniejszym największym i najsłynniejszym ciucholandzie w Warszawie, zamontowano tablice „Pasaż Braci Łopieńskich”. To jest nasza duma. Ulica, którą zostali uhonorowani przodkowie mojej żony…

Bardzo dobrze Pasaż wygląda, ale — oczywiście — jest cały wybetonowany.

Anna Łopieńska-Lipczyk: Niedawno, w ramach Budżetu Obywatelskiego miasta stołecznego Warszawy, gdzie mieszkańcy składają wnioski co Urząd Miasta powinien sfinansować, była również akcja, żeby ten pasaż zamienić na swoisty ogród miejski. Żeby były kwiaty z fontanną, żeby mieszkańcy mogli tam spokojnie wypoczywać. W tym rejonie nie ma tego typu enklawy. Na razie się nie udało, za mało było głosów, ale mamy nadzieję, że prędzej czy później zakwitną tam kwiaty.

Może to się zmieni. Czy mają państwo, teraz właśnie, jakiś pomysł na to, żeby o Łopieńskich powiedzieć troszkę więcej?

Anna Łopieńska-Lipczyk: Tak. Przygotowujemy do druku pamiętniki mojego ojca, dotyczące jego drogi zawodowej. Fotografie, pamiętnik, gdzie opisuje swoją pracę w odlewniach, we Francji, w Rzymie, we Florencji. I to są szalenie ciekawe spostrzeżenia, jakie różnice były pomiędzy tymi odlewniami. Ojciec był pasjonatem tego tematu. Ocalało trochę tych dokumentów, na przykład jego piękna kartka z Rzymu. Pisze do rodziców w 1926 roku, że zaczyna pracę od poniedziałku, że znany rzeźbiarz, Antoni Madejski, przyjaciel Braci Łopieńskich, załatwił mu pracę w sławnej odlewni. Ojciec pisze gdzie i jak mieszka, opatrując tę kartkę całą garścią innych, ciekawych informacji. W tej chwili bardzo usilnie staramy się o wydanie Pamiętnika Tadeusza Łopieńskiego. Już oddaliśmy całość materiałów do redaktorskiego opracowania i przygotowania książki do druku, ale jeszcze opisujemy do niej zdjęcia, a ma być tych zdjęć — bagatela,  prawie 50 sztuk.

Przygotowujemy do druku pamiętniki mojego ojca, dotyczące jego drogi zawodowej. Fotografie, pamiętnik, gdzie opisuje swoją pracę w odlewniach, we Francji, w Rzymie, we Florencji.

Przygotowujemy do druku pamiętniki Tadeusza Łopieńskiego, dotyczące jego drogi zawodowej. Fotografie, pamiętnik, gdzie opisuje swoją pracę w odlewniach, we Francji, w Rzymie, we Florencji.

Wojciech Lipczyk: W tym pamiętniku jest spory blok informacyjny o pomnikach warszawskich, jak zniknęły w czasie okupacji dzięki „usilnym staraniom” goszczących u nas Niemców w mundurach, a potem, przy ogromnych wysiłkach przede wszystkim firmy Bracia Łopieńscy, pod kierownictwem mojego teścia, Tadeusza Łopieńskiego, przywracano je po kolei Warszawie. Kolumnę Zygmunta Trzeciego Wazy, pomnik Kopernika, Kilińskiego, Mickiewicza (po którym w ogóle nie było śladu, Niemcy starannie wysadzili go w powietrze) i tak dalej, można długo opowiadać. Choćby o Syrence na Rynku Starego Miasta. Oryginał, o co walczył teść całe swoje życie po wojnie,  stoi w tej chwili w Arkadach dziedzińca Muzeum Warszawy, a historia tego pomnika jest bardzo ciekawa. Kiedy ongiś robiono porządki na Rynku Starego Miasta,  wyrzucano kramy, handel, to również zdjęto cynkową Syrenkę, która tam stała i przeniesiono ją na Powiśle, przed Klub Syrena (klub pracowników magistratu). I Syrenka Konstantego Hegla  „przetrwała”  tam wojnę. Niemcy urwali jej rękę, miecz, tarczę i taką mój teść w 1945 roku znalazł na cokole. Postanowił ją zrekonstruować, poszedł po tzw. placformę, czyli wóz konny, ale kiedy dzień później, razem z furmanem przyjechał po nią, pomnika już nie było. Dopiero pocztą pantoflową, tydzień później, dowiedział się, że pomnik jest już w składzie złomu. I teść pojechał tam z tym furmanem, wykupił ze składu złomu Syrenkę, przywiózł na Hożą, do Łopieńskich, przywrócił ją do życia i odremontowaną podarował Warszawie. Potem ustawiono ją na murach staromiejskich, gdzie co chwilę „mocarni chuligani” urywali  jej rękę albo miecz. A teść walczył w prasie o odlanie kopii tej rzeźby z brązu i postawienie jej na Rynku Starego Miasta. I tak się wreszcie, Bogu dzięki, po wielu  latach stało.

Tadeusz Łopieński wykupił ze składu złomu Syrenkę, przywiózł na Hożą, do Łopieńskich, przywrócił ją do życia i odremontowaną podarował Warszawie.

Anna Łopieńska-Lipczyk: Obecnie podjęliśmy działania, żeby zorganizować w Kordegardzie Pałacu Potockich wystawę pod tytułem „Tadeusz Łopieński – Człowiek Warszawy”. Mój ojciec był rzeczywiście szalenie oddany Warszawie. Pisał mnóstwo artykułów, interesował się wszystkim co warszawskie, opisywał, interweniował. A Kordegarda dlatego, że tam przed wojną był salon firmy Łopieńskich, sklep i wzorcownia, adres Krakowskie Przedmieście 15. Wystawa byłaby kamieniem milowym, zamykającym 160-letnią historię firmy, a jednocześnie pokazałaby  działalność mojego ojca, która była niebywale zróżnicowana. Miał niezwykle nowatorskie pomysły. W Akademii Sztuk Pięknych prowadził odlewnię dla studentów, lubił uczyć studentów Akademii takiego np. niespotykanego procesu twórczego jakim było odlewanie rzeźb bez modeli, czyli wycinanie w piasku odlewniczym negatywu rzeźby, którą ma się „w głowie”, dla późniejszego wlania płynnego metalu do tego negatywu. To było dla młodych adeptów rzeźby ćwiczenie ich wyobraźni przestrzennej. A niektóre  przedmioty zaprojektowane i wykonane przez mego ojca są tak nowatorskie, że nikt by nie przypuszczał, że powstały 80 lat temu.

Wojciech Lipczyk: Mój teść czasem wyprzedzał epokę. Choćby ta statuetka, hipernowoczesna forma, rzeźba ptaka, zrobiona z kawałka mosiężnej blachy. Trzeba było to wyciąć i wygiąć, czyli wymodelować, a  ptasie oczko wymagało już nie lada finezji i pomysłu. A tu jest to o czym Ania mówiła przed chwilą. Mój teść „wyzwał na pojedynek” (i to w prasie), każdego rzeźbiarza i formierza, żeby wykonał rzeźbę bez modelu. By po prostu, w piasku, za pomocą lancetki wyciął negatywowo całą taką figurę i potem, sam wlał do formy (negatywu) metal, aby powstała kameralna rzeźba. Jakoś nikt nie był w stanie podjąć rzuconej „rękawicy” i spróbować pojedynkować się z moim teściem.

A on, idąc w ślady swojego ojca, Grzegorza, cały czas udoskonalał metodę odlewania przedmiotów z natury. Od lat pokazujemy odlaną przez teścia gałązkę świerku, która ma wszystkie igiełki. Profesor Gierdziejewski, prezes STOP (Stowarzyszenie Techników Odlewników Polskich NOT), gdy był ongiś w pracowni, trzymał w ręku tę gałązkę i mówił do mojego teścia:

Panie Tadeuszu, ja to trzymam w ręku i nie wierzę, że to istnieje! Przy obecnym, nieprawdopodobnym postępie technicznym w odlewnictwie, nowych sposobach uzyskiwania ciśnieniowych odlewów, technologicznych ułatwieniach w tworzeniu quasi chemicznych otulin dla formy-matki, taki odlew jest w dalszym ciągu nie do uzyskania. Jak pan to zrobił?