Dom zawsze był takim moim… zapleczem technicznym. Jestem żonaty od pięćdziesięciu pięciu lat. Żona Ewa, prawniczka, więc to nie żaden „dodatek” do życia artysty, ale mieszanka uczuć i zdrowego rozsądku, solidna konstrukcja. Mamy udaną rodzinę i normalny dom. Ktoś mógłby pomyśleć, że mając taki zawód, bywałem w domu tylko gościem. Oczywiście, dużo wyjeżdżałem – występy, trasy – ale mamy trzy córki, więc to żywy dowód, że bywałem w domu częściej, niż mogłoby się wydawać. Na scenie można błyszczeć, improwizować, czasem udawać mądrzejszego, niż się jest. W domu wszystko błyskawicznie wracało do normy – nikt nie klaskał, tylko pytał, czy wyniosłem śmieci. I bardzo dobrze! Tam byłem po prostu Tadeuszem, a nie panem z telewizji. Żona pilnowała, żebym nie odleciał, żeby ta przysłowiowa sodówka nie uderzyła mi do głowy. Dzieci natomiast w mig nauczyły mnie, że poczucie humoru taty bywa… przereklamowane. Córki są dziś dorosłe. Jedna robi musicale, pisze i reżyseruje, więc od razu wie, gdzie jest puenta, a gdzie jej nie ma. Dwie pozostałe zajmują się dziennikarstwem, czyli wyłapują bzdury w sekundę. Jeśli one się śmieją, wiem, że żart działa. Jeśli nie, sprawa jasna: poprawić albo wyrzucić. A wnuki? Och, one potrafią mnie rozłożyć na łopatki w minutę, robią ze mnie kabaret lepszy niż niejeden mój występ. Patrzę na nie i myślę: „Brawo, dobrze was wszystkiego nauczyłem!”. Czasem nawet zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby mi być tylko dziadkiem, niż próbować bawić całą Polskę…