Zawsze chciałem, żeby ludzie się śmiali # Pokolenia 78

Zawsze chciałem, żeby ludzie się śmiali

Pierwszy występ – sto pięćdziesiąt złotych honorarium i publiczność, która dosłownie skręcała się ze śmiechu. Wtedy jeszcze nie wiedział, że zostanie na scenie na długie lata i że kabaret będzie jego sposobem na życie. Dziś Tadeusz Drozda – jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich satyryków, nieformalny dyżurny satyryk kraju – opowiada w szczerej rozmowie o kulisach kabaretu, telewizji, ogromnej popularności, ale też o tym, dlaczego obecnie równie chętnie żartuje z… samego siebie.

 

Z Tadeuszem Drozdą – literatem, piosenkarzem, aktorem i konferansjerem, z zawodu elektrykiem – rozmawia Halina Molka.

Pamięta pan swój pierwszy występ kabaretowy? Publiczność się śmiała, za występ zapłacono. I co – wtedy pojawiła się myśl: „Okej, tak to ja mogę robić do końca życia”?

Pamiętam, pamiętam! Po oblaniu egzaminu do szkoły aktorskiej wylądowałem na Politechnice Wrocławskiej. Tam wstąpiłem do Studenckiego Teatru „Kalambur” i tak się zaczęło. Pierwszy występ – z Janem Kaczmarkiem. Dzień Kobiet w Klubie „Społem” we Wrocławiu, 1970 rok. Kobiety kwitły, a my byliśmy jeszcze w fazie pączkowania. (śmiech) Po występie kierownik pyta: „A jak wy się nazywacie?”, a ja bez zastanowienia: „Elita!”. Myślałem, że wszyscy padną ze śmiechu, a on mówi: „Ładna nazwa”. I tak mój żart został nazwą zespołu. Kto by wtedy pomyślał, że przyklei się na całe życie? No i pierwsze pieniądze – sto pięćdziesiąt złotych. Starczyło akurat na dobre węgierskie wino. Wtedy wino było ważniejsze niż dziś! Serio, ja wówczas jeszcze nie sięgałem po alkohol, pierwsze piło wypiłem dopiero w wieku dwudziestu jeden lat. Dla mnie najważniejsze było, że publiczność śmiała się dokładnie wtedy, kiedy chciałem. I wie pani, ja chyba wtedy naprawdę pomyślałem: „Kurczę, ja bym tak mógł do końca życia”.

To był moment przełomowy czy dopiero kolejne lata uświadomiły panu, że to nie będzie jednorazowa przygoda?

Nie było tak, że pewnego dnia obudziłem się i powiedziałem: „Dobra, od dziś zostaję kabareciarzem”. Raczej wszystko działo się po kawałku. Pierwszym sygnałem było szkolne przedstawienie w podstawówce – farsa Syćko bez to pijaństwo. Grałem tam Walusia i już wtedy coś mi się w głowie przestawiło. W liceum też mnie nosiło – scena wyraźnie mnie ciągnęła.
Na początku dorosłego życia kabaret miał być tylko hobby, takim po godzinach. Tyle że kiedy byłem jeszcze na studiach, po dwóch latach intensywnego grania okazało się, że nadal jestem studentem, a już dość znanym artystą i… zarabiam więcej niż dziekan. Jako członek ZAKR-u nie miałem nakazu pracy, więc w „Elicie” po prostu zostałem. I tak mnie to wciągało coraz bardziej. Jak „Elita” występowała rzadziej, robiłem one man show, pisałem teksty kabaretowe dla siebie i innych, piosenki, prowadziłem imprezy, potem doszła telewizja, film… Jednym słowem: kula śniegowa. A studia? Skończyłem je głównie po to, żeby mama mogła spać spokojnie. Ona robiła studia wieczorowe, bo wojna zabrała jej młodość, więc bardzo jej na tym zależało. Dyplom jest – tyle że zamiast inżyniera wyszedł kabareciarz. I powiem jak elektryk: wszystko działało dobrze, bez zwarcia.

Czego estrada nauczyła pana najbardziej, tak po ludzku?

Przede wszystkim odpowiedzialności. Na scenie nikt cię nie uratuje, jak coś spieprzysz. Trzeba być punktualnym, słownym i trzymać nerwy na wodzy. Potrzeba też dystansu do siebie, bo jak wpadniesz w panikę, publiczność to wyczuje i nici ze śmiechu. I cierpliwości – widownia potrafi dać w kość. No i tego, że wszystko ma wyglądać na lekkie, łatwe, nawet jeśli w środku człowiek walczy o spokój. Na scenie możesz błyszczeć jak geniusz, a w środku musisz kombinować, by nie spaprać występu.

Zdarzyło się panu po reakcji publiczności pomyśleć: „Chyba przesadziłem z tym dowcipem”?

Tak, i to nie raz, nie dwa. Nigdy nie wiadomo, jak ludzie zareagują. Czasem myślisz, że będzie spokojnie, a widownia wybucha śmiechem. Innym razem rzucisz żart i zapada cisza jak w kościele. Ale wrócisz z nim później – i bum! Śmiech jak burza. Dopiero po latach nabiera się większej intuicji i bardziej się wie, który dowcip nadaje się na jakąś okazję, a który lepiej zostawić w szufladzie… albo w rodzinie. Ale tak do końca to się nie wie nigdy.

A czy dawny kabaret – wtedy, gdy była cenzura – był trudniejszy, bo trzeba było mówić między wierszami?

Wie pani, cenzura w PRL oczywiście była i nikt rozsądny temu nie zaprzecza, tylko że dziś bardzo się ją demonizuje. Już w latach 90. pytano mnie, o czym ja teraz będę mówił, skoro wreszcie wszystko wolno. A ja odpowiadałem: „Mnie zawsze było wolno”. Cenzurowano filmy i książki, bo bali się słowa drukowanego. Kabaret to słowo mówione, ulotne, a na coś takiego cenzorom zwyczajnie nie chciało się chodzić. Poza tym ja nie pisałem tekstów – improwizowałem na scenie, więc nie bardzo było co sprawdzać. Oczywiście wiedziało się, gdzie są granice. Tak naprawdę nietykalne były tylko takie tematy, jak przyjaźń polsko-radziecka, no i Jan Paweł II oraz Kościół, które wtedy były ostojami wolności. Śmieszy mnie dziś, gdy niektórzy opowiadają, jak to byli strasznie gnębieni, a przez całe lata występowali, jeździli po kraju, z telewizji prawie nie wychodzili i nic im się nie stało. Jeśli komuś włos z głowy nie spadł, to trudno mówić o prześladowaniach. Po 1989 roku wielu ludzi po prostu dorobiło sobie bardziej bohaterskie życiorysy. Tacy samozwańczy weterani. Prawdziwe szykany spotykały robotników, opozycję, ludzi z podziemia, literatów, a nie artystów estradowych.

No właśnie, to chyba na własne oczy cenzora pan nigdy nie widział?

A nie, nie! Jednego widziałem… (śmiech) Kiedyś w Warszawie, na Nowym Świecie, podszedł do mnie mężczyzna, złożył mi życzenia i zagadał. Miałem wrażenie, że skądś go znam, aż w końcu powiedział, że jest pracownikiem Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, czyli – jak sam to ujął – głównym cenzorem widowisk w czasach komuny. Okazało się, że był kiedyś w Sopocie i trafił na mój występ. No i zapytał mnie półżartem, półserio: „Niech mi pan powie, kto panu to wszystko puścił?”. A ja mu odpowiedziałem, że nikt mi niczego nie puszczał. Owszem, formalnie złożyłem teksty w cenzurze, ale nikt ich nawet nie czytał, a na występie nie było żadnych urzędników ani kontroli. Wtedy on przyznał, że był na urlopie i dlatego w nic nie ingerował. Pośmialiśmy się z tego spotkania. Wspominam o tym, bo dobrze oddaje tamte czasy, że w praktyce cenzura często była nieobecna lub nieefektywna, mimo że oficjalnie istniała.

Na szczęście dziś można powiedzieć wszystko, co się chce…

No tak, tylko pytanie, czy zawsze warto? I czy trzeba? Z drugiej strony weźmy taki stand-up – wulgaryzmy lecą non stop, ludzie klaszczą, tupią, śmieją się wniebogłosy. Widocznie to się teraz podoba. Ja zostałem przy swoim stylu, bez wulgaryzmów. Efekt jest, jaki jest – ja mam osiem tysięcy widzów na YouTubie, a tamci tłumy. No cóż…

Który etap kariery wspomina pan najlepiej?

Każdy był na swój sposób dobry. Był czas, że byłem wszędzie – żartowano, że strach otworzyć lodówkę, bo i stamtąd wyskoczę. Telewizja, filmy, festiwale, prowadzenie imprez… Grałem po czterdzieści występów w miesiącu. Dziś tyle mam w ciągu roku i w zupełności mi to wystarcza. Niedawno odmówiłem kolejnego tournée po Australii – byłem tam już siedem razy. Teraz chętniej gram w Polsce, choć zaproszeń jest znacznie mniej.

Prowadził pan telewizyjne hity: Śmiechu warte, Dyżurny Satyryk Kraju, Herbatka u Tadka, Drozda Show Show, Sexcesy czy Drozda na weekend. Który z tych programów był panu najbliższy?

Chyba Śmiechu warte – pięćset odcinków, bo na tyle się umówiłem. Program był oparty na autentycznych filmach widzów. Wtedy mało kto miał kamerę, więc nagrania pochodziły głównie z chrzcin, wesel i uroczystości rodzinnych. Bywały też afery, bo nagrody były konkretne – raz nawet dom pod Warszawą. Bardzo ciepło wspominam także Dyżurnego Satyryka Kraju – to był taki komentarz do rzeczywistości z przymrużeniem oka – oraz Herbatkę u Tadka – spokojniejszy format, oparty na rozmowie i anegdocie. Wszystkie programy pisałem i reżyserowałem, więc każdy był osobisty i ważny.

A gdyby dziś miał pan reaktywować jeden z nich?

Najprościej byłoby wznowić Herbatkę. Teraz w telewizji pełno gadających głów, ale bez satyry. Dodałbym memy, virale i komentarz do tego, co wszyscy widzieli, ale nikt jeszcze nie obśmiał.

Popularność bardziej pomagała czy przeszkadzała w codziennym życiu?

W 1989 roku miesięcznik „Sukces” zrobił ranking popularności – byłem pierwszy. Traktowałem to jak żart, ale faktycznie był czas, że robiłem programy w trzech stacjach, a samą Herbatkę oglądało półtora miliona ludzi. Popularność pomagała, oczywiście czasem bywała też męcząca, ale generalnie ułatwiała życie.

Publiczność bardzo się zmieniła przez te lata?

Publiczność jest lustrem czasów. Dziś często występuję dla seniorów – i jako jeden z nich mogę żartować z naszych wspólnych problemów. Ludzie lubią, kiedy artysta potrafi śmiać się z siebie.

A gdy ktoś mówi: „Wychowałem się na pana żartach”, to to bardziej cieszy czy przypomina o metryce?

Chyba jedno i drugie. Bo jak ktoś mówi: „Wychowałem się na pana żartach”, to jednak jest miło – człowiek myśli sobie: „No dobrze, coś z tego życia zostało, ktoś się przy tym pośmiał”. Dopiero chwilę później przychodzi ta druga myśl i przypomina się metryka. Ostatnio wystąpiłem w Sopocie, śpiewając Parostatek, który napisałem dla Krzyśka Krawczyka. Wydawało mi się, że ogląda mnie cała Polska, a tymczasem oglądała garstka. I to jest właśnie ten moment, kiedy metryka uprzejmie puka w ramię i mówi: „Dzień dobry, to ja”. Ale dopóki jest komu opowiadać i ktoś jeszcze chce słuchać, to ja się tym nie zamartwiam.

Czuje się pan dziś bardziej emerytem czy artystą, który wciąż jest w grze?

W Ameryce artyści występują, dopóki mają siłę, więc jeśli ktoś ma popularny wizerunek i pozycję, gra do późnej starości. Facet z takim dorobkiem, jak mój, dalej by tam pracował. U nas jest inaczej – doświadczenie nie zawsze jest w cenie.

Starość to dobry temat do żartów?

Oczywiście! To jest wręcz wymarzony temat. Ja już jestem w takim wieku, że nawet nie muszę niczego wymyślać – wystarczy rano wstać i materiał gotowy. Coś strzyknie, coś nie zadziała, pamięć zrobi sobie przerwę bez zapowiedzi, nogi idą, ale każda w inną stronę. No jak tu się nie śmiać? A jak już mi zabraknie inspiracji, to wystarczy rozejrzeć się dookoła. Jeden szuka okularów, które ma na głowie, drugi przewraca laskę i mówi, że to wina pogody, a trzeci myli imiona wszystkich, łącznie z własnym – i już wiem, o czym będzie następny żart. Zresztą seniorzy to jest idealna publiczność. Ktoś zaśnie w połowie programu i obudzi się na brawa, kolejny co pięć minut pyta, czy będzie przerwa, a jeszcze inny komentuje każdy dowcip, jakby był współautorem. Ale to właśnie jest najpiękniejsze, bo dzięki temu człowiek widzi, że do starości naprawdę da się podejść z humorem i dystansem. Wbrew pozorom to temat, który daje mnóstwo możliwości, tylko trzeba umieć się z niego śmiać.

Humor pomaga pogodzić się z przemijaniem?

Zdecydowanie. Pogodnym ludziom żyje się lżej. Staram się nie słuchać wypowiedzi pełnych złości, nienawiści, podłości – szkoda na to energii.

Scena, estrada, publiczność – a jaką rolę w tym wszystkim grał dom? I czy bez kogoś, kto trzyma artystę przy ziemi, trudno zachować dystans? A przy okazji – czy dzieci i wnuki śmiały się z pana najbardziej?

Dom zawsze był takim moim… zapleczem technicznym. Jestem żonaty od pięćdziesięciu pięciu lat. Żona Ewa, prawniczka, więc to nie żaden „dodatek” do życia artysty, ale mieszanka uczuć i zdrowego rozsądku, solidna konstrukcja. Mamy udaną rodzinę i normalny dom. Ktoś mógłby pomyśleć, że mając taki zawód, bywałem w domu tylko gościem. Oczywiście, dużo wyjeżdżałem – występy, trasy – ale mamy trzy córki, więc to żywy dowód, że bywałem w domu częściej, niż mogłoby się wydawać. Na scenie można błyszczeć, improwizować, czasem udawać mądrzejszego, niż się jest. W domu wszystko błyskawicznie wracało do normy – nikt nie klaskał, tylko pytał, czy wyniosłem śmieci. I bardzo dobrze! Tam byłem po prostu Tadeuszem, a nie panem z telewizji. Żona pilnowała, żebym nie odleciał, żeby ta przysłowiowa sodówka nie uderzyła mi do głowy. Dzieci natomiast w mig nauczyły mnie, że poczucie humoru taty bywa… przereklamowane. Córki są dziś dorosłe. Jedna robi musicale, pisze i reżyseruje, więc od razu wie, gdzie jest puenta, a gdzie jej nie ma. Dwie pozostałe zajmują się dziennikarstwem, czyli wyłapują bzdury w sekundę. Jeśli one się śmieją, wiem, że żart działa. Jeśli nie, sprawa jasna: poprawić albo wyrzucić. A wnuki? Och, one potrafią mnie rozłożyć na łopatki w minutę, robią ze mnie kabaret lepszy niż niejeden mój występ. Patrzę na nie i myślę: „Brawo, dobrze was wszystkiego nauczyłem!”. Czasem nawet zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby mi być tylko dziadkiem, niż próbować bawić całą Polskę…

A teraz, kiedy scena nie wyznacza już rytmu dnia, co sprawia panu frajdę? Ma pan jakieś hobby?

W końcu mogę na spokojnie oddać się sportowi. Kiedyś byłem lekkoatletą – trenowałem w Klubie Sportowym „Rokita” w Brzegu Dolnym, tam, gdzie się urodziłem i jako dziecko mieszkałem. Biegi przez płotki, setka, do tego skok w dal. Mój rekord 6,95 – mistrz szkoły i powiatu. Wszystkiego po trochu. Od dawna gram też w golfa. Kupiłem nawet działkę koło Olsztyna, tuż przy polu golfowym, żeby mieć wszystko pod ręką. Gram do dziś i, proszę mi wierzyć, to strasznie wciąga. Wygrałem już kilka turniejów amatorskich, głównie za granicą.
Na scenie była adrenalina, ale w golfie ona idzie w parze ze spokojem. To mój sposób na złapanie dystansu, przewietrzenie głowy i pogonienie własnych ambicji… No i na pośmianie się z samego siebie.

Czuje się pan spełniony?

Trochę tak, trochę nie. Prywatnie jest okej – dom, rodzina, święty spokój. Zawodowo zrobiłem dużo, ale sporo przeleciało mi też przez palce. Trzeba było wcześniej spisać teksty, uporządkować spuściznę. Dziś liczy się to, co zostało zapisane i do czego można wrócić. Tego trochę żałuję, ale dzięki temu wciąż mam o czym opowiadać.

Gdyby mógł pan jeszcze raz powtórzyć swój pierwszy występ kabaretowy, pomyślałby pan to samo?

Tak. Tylko dziś już wiedziałbym, że to nie jest jednorazowy żart.

Panie Tadeuszu, bardzo dziękuję za tę rozmowę – za czas, anegdoty i wspomnienia, które mogliśmy dziś usłyszeć. To była prawdziwa przyjemność.